header_koehlmeier

wywiad z Michaelem Köhlmeierem: „Nie jestem Panem Bogiem moich postaci”

Michael Köhlmeier o trikach i sztuce uwodzenia w opowiadaniu historii.

Irene Prugger: Panie Köhlmeier, zacznijmy cytatem z Pańskiej najnowszej powieści „Przygody Joela Spacerowicza”: „w odpowiedzi na pytanie nie chodzi o to, by powiedzieć prawdę, lecz wiele bardziej o to, by wprawić pytającego w zdumienie, mówiąc mu dokładnie rzeczy, które chce usłyszeć”. Czy dotyczy to również wywiadów?

Michael Köhlmeier: Tak i dokładnie tak samo postąpimy teraz. Gdy będę dawał Pani taką odpowiedź, której Pani oczekuje, nawiąże się między nami pewna zażyłość, będzie Pani myślała, że wspaniale się rozumiemy, da to nam obydwojgu pozytywne wrażenie, a Pani będzie mi przychylna.

I.P.: To brzmi jak manipulacja, którą równie dobrze jak Pan posiadł bohater Pańskiej powieści Joel Spacerowicz.

M.K.: Tak, on potrafi niezwykle dobrze manipulować i wywodzić w pole.

I.P.: Ale chodzi przecież o prawdę i szczerość. Nawet w fikcji, opowiadając i wymyślając historie, chodzi o szczerość.

M.K.: Prawda i szczerość są bąkami puszczanymi przez krytykę literacką. A może dżokerami, którymi chętnie posługują się pisarze, by uszlachetnić ich dzieło. Jeśli chodzi o trywialność to sztuka przejawia lęk przed kontaktem. Ale każda wielka sztuka wywodzi się z niższej. Zanim powieści stały się wielkie, pisano trywialne, zanim teatr stał się wielki, były objazdowe wozy sztukmistrzów, zanim wielka stała się muzyka, istnieli wędrowni śpiewacy. Sztuka nadal trąci zapachem jarmarcznych krzyków, również literatura. Ta chce uwagi. Chce być czytana. Potrzebuje wyrafinowanych trików i sztuki uwodzenia. Prawdy jej nie potrzeba, chyba że w metaforycznym sensie. W innym razie najprawdziwszą i najszczerszą książką byłaby książka telefoniczna..

I.P.: Na czym polega sztuka uwodzenia w opowiadaniu historii?

Przede wszystkim na dobrej dramaturgii. Na początku znajduje się obietnica, której jako autor muszę dotrzymać. Jeśli zbyt szybko odkryję tajemnicę, szansa, by dalej utrzymać napięcie, spełznie na niczym. Gdy dam sobie na to zbyt wiele czasu, czytelnicy staną się niecierpliwi i pomyślą: „Dziękuję, wystarczy, zachowaj tę tajemnicę dla siebie!”. Dobrym trikiem jest również udawanie, że jest się słabym narratorem: „Chciałbym wam teraz coś opowiedzieć, nie uwierzycie mi w to. Jak nazywała się ta ulica tuż obok, w której się to wydarzyło? Niech tylko pomyślę…”. To zwlekanie, przedzieranie się po omacku do przodu daje mi kredyt wiarygodności.

I.P.: Ten kredyt można jednak tylko zrealizować wiedząc dokładnie, o czym się pisze, a nie uprawiając po prostu hochsztaplerki.

M.K.: Oczywiście podczas pisania czerpię z swoich doświadczeń. Niczym z kamieniołomu wyciągam z życia kamienie, z których buduję moje historie. Ale nie ma postaci identycznej ze mną, nawet nie jest nią moje literackie alter ego Sebastian Lukasser, który znów odgrywa rolę w nowej powieści i który stał się bardzo bliski mojemu sercu, ponieważ mogę zrzucać na niego wszystko, co przeżyłem.

I.P.: Zatem jeśli w literaturze nie chodzi o prawdę, to może przynajmniej o autentyczność?

M.K.: Johna Lee Hookera zapytano niegdyś, jak powstaje prawdziwy blues. Dał na to taką odpowiedź: „Wszyscy sądzą, że przynajmniej jeden z twojej rodziny musiał być niewolnikiem, a ty na pewno harowałeś na plantacji bawełny albo znasz hale maszynowe w Detroit. W rzeczywistości potrzebujesz tylko jednej rzeczy – talentu”.

I.P.: Pański nowy bohater powieści Joel Spacerowicz posiada talent literacki. Bardzo urzekający pierwszoosobowy narrator. Czy można mu też zaufać? W końcu jest socjopatą.

M.K.: Socjopata – to słowo gasi wszelką fascynację, jest pojęciem ogólnym, takim jak listowie, które nie mówi nic o mieniących się kolorach liści. W Spacerowiczu porusza mnie przede wszystkim jego niewinność. Fascynuje mnie myśl – oczywiście w sensie prawnym całkowicie nieuzasadniona -, iż niewinność nie definiuje się popełnionymi czynami, lecz wewnętrzną postawą. On kradnie, oszukuje, wielokrotnie zabija, ale bez wyrzutów sumienia, ponieważ w swojej duszy pozostał dzieckiem albo – jak sam mówi – „zwierzęciem w ludzkiej skórze”. W każdym razie posiada dużo uroku i pomimo wszystkich występków pozostaje sympatyczny. Kiedy lew pożre człowieka, nie można mu za to przypisać winy.

I.P.: Studiował Pan psychologię u Szekspira?

M.K.: Tak, wszyscy studiowaliśmy. Szekspir otworzył nam zapadnię, przez którą docieramy na niższe poziomy ludzkiego bytu i był wystarczająco odważny, by oświetlić swoją pochodnią również te schowane najbardziej w tyle, ukryte wnętrza i zakątki. Jeśli przeciwstawione są sobie dwa psychologiczne twierdzenia, a jedno z nich pochodzi od Szekspira, to zawsze jest on tym, który ma rację.

I.P: Co jest Panu bliższe: tragedia czy komedia?

M.K.: Podziwiam tragikomedię. Oba te zjawiska pozostają ze sobą w ścisłym związku. Woody Allen uważa, że komizm to tragizm plus czas. Znaczy to, że po długim czasie można wyłuskać również komiczne strony czegoś strasznego. Poza tym w trakcie pisania rodzi się duże zagrożenie zbyt silnej identyfikacji z postacią. Bez ironicznego dystansu tekst staje się często kiczowaty i mierny. Mimo to nie zawsze mam wszystko pod kontrolą. Postać może pisarza bawić, ale może również napawać go strachem. Moje postaci często postrzegają się inaczej, niż ja je widzę. Na przykład Joel Spacerowicz nie chce być żadnym szelmą, ale w tym wypadku zadałem mu cios w plecy.

I.P.: Czy pisarze muszą posiadać dużą zdolność do empatii?

M.K.: Istnieje wielu pisarzy, którzy są egocentryczni, nudni lub wycofani w głąb siebie i nie troszczą się o swoich bliźnich. Mimo to piszą dobrze, ponieważ wnikają we własne otchłanie. Gdy ktoś opowiada mi historię o pewnym człowieku, który nadałby się na bohatera opowiadania, muszę zadać sobie pytanie: Czy ta osoba istnieje również we mnie? Najczęściej ją znajduję. W każdym z nas tkwi bogate życie wewnętrzne wraz z licznymi doświadczeniami. Pisanie jest w tym sensie procesem samopoznania, który może sprawić wiele przyjemności. Ja w każdym razie nie polecałbym żadnemu pisarzowi poddawania się terapii.

I.P.: Ale terapeutyczne pisanie jest potępiane!

M.K.: Co stoi na przeszkodzie, jeśli powstaje przy tym na przykład taka powieść jak „Zbrodnia i kara”? Słaba jakość może być też efektem pisania pozbawionego autoterapii. Wcale nie zależy to tak bardzo od historii, tylko od tego, jak zostaje opowiedziana. Mam dwóch przyjaciół. Pierwszy z nich nigdy o sobie nic nie mówił i tylko przypadkiem odkryłem, że podróżował po całym świecie i przeżył sytuacje wielce przygodowe. Chciałem się więcej dowiedzieć, ale gdy o nich opowiadał musiałem ziewać. Wystarczyło, że drugi przyjaciel opisał mi swoją podróż na skuterze między Bludenz i Dornbirn, a byłem zafascynowany.

I.P.: Czy zachwyca Pana czasami również własna sztuka opowiadania?

M.K.: Są takie momenty, kiedy po napisaniu czegoś opieram się zadowolony i myślę, to wspaniała kompozycja, genialna jak fuga Bacha. Ale zaraz zapala się w mojej głowie lampka ostrzegawcza, moja mała, która psuje zabawę i radzi mi przeczytać całość jeszcze raz następnego dnia. Rzeczywiście najczęściej wszystko się relatywizuje. Na szczęście funkcjonuje to również w drugą stronę: gdy myślę, że tekst jest do niczego, w kilka dni później okazuje się, że mogę być jednak całkiem zadowolony z tego, co napisałem. Teraz już wiem, że nie zawsze mogę ufać moim nastrojom.

I.P.: Jest Pan wrażliwy na krytykę?

M.K.: Tak, całkowicie. W niektórych przypadkach jest szczególnie bolesna: gdy zostaję zaatakowany jako osoba lub gdy recenzenci twierdzą coś niepochlebnego i mają rację. Złoszczę się wtedy na samego siebie i pytam, dlaczego nie zwróciłem na to uwagi.

I.P.: Nie zadawalają Pana same historyjki, chce Pan opowiadać również historie całego życia. Czy Pana celem jest tworzenie świadków czasu? Chęć współtworzenia opowieści o historii i wiedzy?

M.K.: Chętnie pracuję nad długimi powieściami, są dla mnie ekscytującą grą myśli, która może trwać aż do sześciu lat. Mam wtedy moje pudełko błazna i w tym pomieszczeniu wraz z postaciami powieści jestem nietykalny. Produkt nie opuścił jeszcze całkowicie wyobraźni, moja wewnętrzna miara jest decydująca. W tym czasie czuję, że znajduję się w ogromnym duchowym bezpieczeństwie. Co się tyczy historii i wiedzy: nie mogę ukazać 95-letniego matematyka [w powieści „Zachód”] w niewykształconym otoczeniu, oderwanego od historycznych wydarzeń. Oddzielanie Story i History jest pozbawione sensu.

I.P.: Co Pańskim zdaniem może ukazać fikcyjna biografia, czego nie jest w stanie przedstawić realna?

M.K.: Pytając na odwrót: co może realna biografia, czego nie może fikcyjna? Odpowiedź brzmi: również biografie naukowe zostają fachowo opracowane i opowiedziane z pewną intencją, są jednak często o wiele bardziej nieszczere, ponieważ zakładają, że nic nie zostało w nich zmyślone. Jeśli jednak przepytać czterech świadków wypadku, otrzymamy cztery różne wersje. Mimo to przypisuje się większe znaczenie tak zwanych realiom. Gdybym twierdził, że Pan Spacerowicz żył naprawdę, historia grałaby dla wielu czytelników istotniejszą rolę.

I.P.: Cytując gazetę „Die Zeit”: „Michael Köhlmeier jest opowiadającym kompozytorem z pamięcią słonia. Nie zapomina o żadnym śladzie, czasami potrzeba czterystu stron, zanim znów podejmuje wątek.” Jak zachowuje Pan orientację przy tak obszernych książkach jak „ Zachód” lub Pańska ostatnia powieść? Czy błądzi Pan również czasami w trakcie pisania?

M.K.: Zachowanie orientacji jest łatwe, czytam to, co napisałem wciąż na nowo. Nie obawiam się rozpoczęcia obszernej książki. Narracyjny Eros jest na miejscu, nie ma rutyny, przedsięwzięcie jest ekscytujące. Lęki i wątpliwości pojawiają się później, po iluś napisanych stronach. Czy wątek klei się? Czy udaje mi się utrzymać napięcie w historii? Przykrym byłoby musieć przyznać po czterystu stronach, że wylądowało się w ślepej uliczce. Trzy lata pracy na nic.

I.P.: Przytrafiło się to już Panu?

M.K.: Wiele czasu i trudu zainwestowałem w „Penelopę”, trzecią część mojej planowanej trylogii Odyseusza, którą chciałem opublikować po „Telemachu” i „Kalipso”. Długo nie mogłem przyznać, że poniosłem klęskę. Wynajdowałem sobie zawsze wymówkę dla siebie i innych na to, dlaczego nic nie posuwa się naprzód. W końcowym efekcie nie pozostało mi nic innego, tylko dać za wygraną.

I.P.: Niezależnie od takich rzadkich niepowodzeń kończył Pan swoje książki i osiągał dzięki nim duże sukcesy, choć opowiadanie na scenie literackiej w Austrii przez długi czas nie cieszyło się uznaniem. Obecnie jest ono znów dozwolone. Cieszy to Pana?

M.K.: Tutejsza cierpka krytyka literacka lat 70-tych twierdziła, że powieść i sztuka narracji są u kresu. W Austrii wychwalano wówczas niezmiernie Grupę Wiedeńską, która nie była niczym innym niż naśladownictwem dadaizmu. Gdy spojrzało się poza własne opłotki, było to absurdalne, na angielskim obszarze językowym powstawały w tym czasie wspaniałe powieści. Teraz u nas nastąpił ponownie rozkwit tego gatunku, który niemal znów napawa sceptycyzmem. Powieść dominuje nad wszystkim. Przy przyznawaniu Niemieckiej Nagrody Literackiej [Deutscher Buchpreis] skrycie zakłada się, że musi chodzić o powieściowe opowiadanie. Tomy nowel, eseje lub liryka zostają widocznie z góry wykluczone.

I.P.: Czy w Pańskiej mowie otwierającej tegoroczne rozdanie Nagrody Ingeborg Bachmann ustosunkuje się Pan nieprzychylnie wobec rodzimej krytyki literackiej?

M.K.: Zastanawiałem się krótko nad tym, czy nie zatytułować mojego referatu „Zdradzona miłość”, ale rozmawiajmy lepiej o literaturze, a nie o scenie literackiej. To, co ostatecznie pozostanie, to poezja.

I.P.: Pisze Pan również poezję…

M.K.: Mój wydawca Michael Krüger, będący poetą, zapytał mnie sam z siebie o wiersze. W zeszłym roku ukazał się tom „Kochanek tuż p śniadaniu”. Źle się sprzedawał, czego można było oczekiwać w przypadku liryki, ale mimo to cały czas piszę wiersze – w pociągu, w metrze, czekając na coś albo na kogoś. Życie pisarza składa się w dużej części z wolnych chwil. Jeździ się na wieczory autorskie, czasami odwołane zostanie spotkanie i człowiek dziękuje w duchu za podarowaną godzinę. A jako że krzyżówka sudoku jest już rozwiązana, pisze się wiersze.

I.P.: Czy tworzy Pan czasami muzykę, gra na gitarze i śpiewa?

M.K.: Tak, ale tylko dla mnie osobiście, dla małego półgodzinnego szczęścia.

I.P.: Pańskie odpowiedzi brzmią bardzo otwarcie i prawdziwie. Czy osobie, która oczekiwałaby czegoś innego, dałby Pan inne odpowiedzi na te same pytania?

M.K.: Nie, nie dałbym. Nie, jeśli potraktowałby mnie tak szczerze jak Pani.

 

Wywiad autorstwa Irene Prugger dostępny na stronie gazety Wiener Zeitung:

http://www.wienerzeitung.at/themen_channel/literatur/autoren/?em_cnt=554470

Comments are closed.