header_tbernhard

Thomas Bernhard “Heldenplatz”: wspomienie burzy w Burgtheater

Niewielu autorów posiada tę niezwykłą i jakże trudną dla otocznia umiejętność zrównywania z ziemią wszystkiego, co nawinie się pod pióro. Thomas Bernard należy bezsprzecznie do tego grona, na nieszczęście Austrii, która stała się jego głównym tematem. Po dziś dzień teksty Bernharda mają dużą siłę rażenia, trudno więc wyobrazić sobie, jakie kontrowersje wywołały za  życia autora. Niedawno minęło 50 lat od wydania słynnej powieści “Mróz”. Jeszcze wcześniej odbyła się pamiętna premiera dramatu “Heldenplatz” w Burgtheater,  ostoi kultury i symbolu tradycji monarchii austriackiej. Odbiła się ona szerokim echem, nie tylko krytycznym, nie zabrakło zwolenników terapii wstrząsowej, jaką Bernhard zafundował swoim rodakom. Znaczącym głosem w obronie Bernharda był świetny artykuł Günthera Nenninga, który prezentuję poniżej.

Wiedeński teatr świata Peymanna

W najbliższy piątek w wiedeńskim Burgtheater odbędzie się (można z pewnością powiedzieć: oczekiwana w napięciu) premiera nowej sztuki Thomasa Bernharda “Heldenplatz” –  wraz z demonstracjami, kontrdemonstracjami i kontrkontrdemonstracjami. Z okazji tego narodowego wydarzenia Günther Nenning, austriacki dziennikarz i autor przesłał nam następujący tekst.

Nenning, rocznik 1921, był redaktorem naczelnym czasopisma “Nowe Forum”, autorem kolumny na łamach gazety “profil”, moderatorem w Austriackiej i Niemieckiej Telewizji Państwowej, aktywistą sprzeciwiającym się budowie elektrowni wodnej na Dunaju w pobliżu Hainburg. Poza tym Nenningowi udało się zostać wyrzuconym z SPÖ i ze związku zawodowego Sztuki i Mediów.

Informacja, jakoby Burgtheater miał sto lat, jest pomyłką mediów. Stuletni jest nowy Burgtheater; jeśli w Austrii coś jest nowe, to ma już właśnie sto lat.

W odróżnieniu do nowego, pełnego przepychu, mieszczańskiego budynku przy ulicy Ringstraße, Burgtheater otwarty w październiku 1888 roku jako skromniejszy, książęcy teatr dworski (stąd jego imię, jako że był częścią rezydencji Hofburg) liczy już 247 lat. Nie był niczym wyjątkowym dopóki sterów nie przejął Claus Peymann.

Biada temu, kto podnosi rękę na wolność sztuki, w tym względzie my postępowcy jesteśmy bardzo moralni. Bronimy jej lub go z całą stanowczością, garstka nieugiętych przeciwko austriackiej większości, która – prowincjonalna, ignorancka, konserwatywna, klerykalna, faszyzująca – atakuje naszego Thomasa Bernharda – tylko dlatego, że on atakuje nas – a także Clausa Peymanna – tylko dlatego, że z rozkoszą naciera nas coraz intensywniej Bernhardem.

Nasza minister kultury, prawdziwa cząstka socjaldemokracji, tak bardzo kochając Bernharda i zrównując go z katolikami i nazistami, napisała mu miły list, iż cieszy się, że nas i ją i wszystkich tak obraża lub raczej – co najwidoczniej z tego wynika – że jest wielkim poetą, co ona ceni.

Pięknym w obronie wolności sztuki jest to, że nie trzeba męczyć się z wyjaśnianiem, czym jest sztuka, ważne, żeby była wolna.

Czym jest wolność sztuki, jeśli sztuki nie ma; czy wtedy nie ma też wolności? Bzdura. Jeśli jest wolność to jest i sztuka. Jeśli jednak istnieje wolność bez sztuki, tym gorzej dla obydwu.

Ta nowa sztuka Bernharda jest właśnie wystawiana. Odniosła duży sukces, a Austriacy nawet nie zauważyli, że jest już na deskach teatrów. Nadal wierzą gazetom, według których została przesunięta na listopad.

Nie. Peymann, którego zespół teatralny jest już i tak zbyt liczny – niepostrzeżenie zaangażował całą Austrię. Wszyscy, ale to wszyscy biorą udział. Dopiero pod wodzą Peymanna świętujący jubileusz Burgtheater stał się tym niemieckim teatrem narodowych, którego życzył sobie bez sukcesu cesarz Józef II. Czym jest 100 lat nowego domu na Ringu wobec tego nowego domu.

Cała Austria jest sceną. Bernhard i Peymann są jak pierścień Nibelunga, w porównaniu do nich Syberberg był antyfaszystką. Inscenizują austriacki naród jako gesamtkunstwerk. Biedny Hofmannsthal przewraca się w trumnie w swym skromnym franciszkańskim habicie. Tak wielkiego austriackiego teatru świata nie udało mu się stworzyć. Zabrakło mu dialektyki, tej bochumskiej.

To sztuka w sztuce w sztuce. Główna sztuka nosi tytuł: Czym jest Austria dzisiaj? Czym byliśmy, wiemy – wytworną monarchią. Czym się staniemy? Też wiemy – ogonkiem, którym merda bernardyn Wspólnoty Europejskiej. Tym mroczniej podnosi się pytanie: Czym jesteśmy? Co znaczy nasze narodowe “być”? Peymann odpowiada nam, on i tylko on, Niemczyk, trzymający straż nad istotą Austrii.

Ta główna sztuka będąca zarazem sztuką państwową zawiera również tę, którą Bernhard i Peymann wystawiają obecnie z naszym udziałem. Zaczęła się na długo przed podniesieniem kurtyny w Burgtheater i będzie grana jeszcze długo, aż Bernhard znowu napisze nową, co nastąpi wkrótce, a Peymann znów wystawi ją jako gesamtkunstwerk, zapewne jeszcze szybciej.

Ponieważ Bernhard i Peymann stali się konieczni. Od dawna są ostatnim gwarantem austriackiej neutralności, ostatnimi, którzy mogą powstrzymać nasze nowe przyłączenie do znowu niewłaściwego imperium.

Widać, że głośna sztuka “Heldenplatz” jest w tym historyczno-aktualnym, dramatyczno-politycznym dziele najmniej ważna. I tak wiadomo, o co w niej chodzi, nawet jeśli Suhrkamp nie wyda tego tekstu. Chodzi w niej o to, o co zawsze u Bernharda. Pisze zawsze tę samą sztukę, jak każdy dobry dramaturg.

“W Wiedniu jest teraz więcej nazistów niż w trzydziestym ósmym” – nieprawda. “Uniwersytet też jest pełen idiotów” – nieprawda. Bernhard ma skuteczność starego niemieckiego moździerza. Nie trafia, ale oddziaływanie na morale jest ogromne. Ale co się nie zgadza, to się nie zgadza.

Bernhard ma w środku tę niesamowitą złość, stanowiąca rdzeń nas Austriaków, który trzyma przy zdrowiu. Jego w każdym razie, ponieważ może dać jej upust na deskach Burgtheater. Nie każdy Austriak ma to szczęście.

Heimito von Doderer opowiadał, że państwowy instytut, w którym produkowano szczepionki przeciwko wściekliźnie nazywał się urzędowo ” ds. wściekłości”. Teraz jest nim Burgtheater, dr Bernhard wytwarza z wściekłości szczepionkę. Dlatego właśnie jest on naszym austriackim poetą narodowym, jedynym, jakiego teraz mamy. Handke, który też ma w sobie austriacką wściekłość, nie daje jej upustu, jest zbyt udręczony, prawdziwy autor Suhrkampa, czyta się go i na końcu złośliwie pyta: Czego on chce?

U Berharda dokładnie wiadomo, czego chce. Chce tego, co my wszyscy, dlatego jest prawdziwym poetą narodowym. Mówi w imieniu narodu austriackiego, który nie może się w nim rozpoznać. Jest jedynym niedocenionym narodowym pisarzem.

Gdy wychodzi z kawiarni, w której czyta codziennie wszystkie gazety, żeby podtrzymać gotująca się w nim złość, Wiedeńczycy zachodzą mu drogę mówiąc, że należy go powiesić. Tak, jak prezydenta na ścianie w każdym pokoju, który się do tego nadaje, nasz Bernhard, nasz prawdziwy prezydent.

Bo kiedy Austriakowi męka odbiera mowę, Peymann daje mu głos,  żeby powiedział na co cierpi. Ach, z nas Austriaków można zrobić coś dopiero wtedy, gdy (z)wiedzie nas jakiś solidny Niemiec.

 

Oryginalny tekst został opublikowany w gazecie “Die Zeit” 14.11.1988 roku, obecnie dostępny jest na stronie http://www.zeit.de/1988/45/peymanns-wiener-welttheater.

Comments are closed.