header_turrini

Peter Turrini: „We mnie nadal wszystko wrze”

Peter Turrini w wywiadzie autorstwa Petry Paterno: o otchłaniach, swoim strachu przed śmiercią i butach papieża.

Petra Paterno: W Pana najnowszej sztuce „Z miłości”, której premiera odbyła się 16-ego maja w teatrze w Josefstadt, dochodzi w rodzinie do strasznego morderstwa. Dlaczego zdarzają się tak straszne rzeczy z miłości?

Peter Turrini: Istnieje możliwość, że ludzie, którzy w związku miłosnym stają się mordercami, mają fałszywe wyobrażenie o miłości. Mylą ukochanych ludzi z pewnego rodzaju własnością, oczekują stuprocentowego oddania, jako że sami są na takie gotowi. Jeśli własność zostanie im odebrana, powstaje niewyobrażalne poczucie zniewagi, na które – szczególnie wśród mężczyzn – odpowiada się przemocą.

P.P.: Sztuka rekonstruuje dzień, w którym mężczyzna o nieposzlakowanym charakterze staje się mordercą. Zawiera tylko ujęcia momentów, ale w obliczu codziennych katastrof stawiamy sobie pytanie: dlaczego ludzie są tacy, jacy są?

P.T.: Przede wszystkim ludzie nie są tacy, jakimi się zdają, jakimi ich sobie skroiliśmy, to samo dotyczy również nas. Za naszymi codziennymi historiami kryją się otchłanie, większe i mniejsze. Czasami człowiek wpada w taką otchłań, zabija drugiego i po tym jest całkowicie sobą przerażony. Rozmawiałem z mordercami, którzy skonsternowani komentowali swoje własne czyny, przy czym sami też nie mogli ich zrozumieć. Wiele, zbyt wiele może mieszkać w jednej i tej samej duszy.

P.P.: W sztuce występuje postać o imieniu „dobry Bóg”. Dlaczego Bóg na scenie i w filmie jest przedstawiany tak często jako miły, ale całkowicie bezsilny starszy mężczyzna?

P.T.: Dobry Bóg, przede wszystkim chrześcijański, który należy do naszej kultury, znalazł się na rynku wiary pod ogromną presją. Większość ludzi kleci sobie Boga wedle upodobań: trochę katolicko, trochę agnostycznie, trochę po indyjsku, a do całości szczypta ezoteryki. Jeśli katolicy chcą mieć szansę w tej mieszaninie wierzeń, muszą się wyróżnić, zrobić wszystko, by pozostać na czele rankingu. Jeśli siły dowodzące nie uwiodą od czasu do czasu kilku żaków, staną się niewidoczni. Dobry Bóg co prawda nadal istnieje, ale prawie nikt nie bierze go już na poważnie.

P.P.: A czy Pan sam wierzy w Boga?

P.T.: Jak dziecko byłem ministrantem i miałem nad sobą bardzo dominującego Boga. Przy każdym łamaniu zasady czystości spoglądał przez górne światła drzwi toalety i groził zanikiem rdzenia kręgowego. Takiego Boga nie można się już pozbyć przez całe życie. Na dnie serca jestem sknoconym katolikiem i ciągle boję się dobrego Boga. Widocznym znakiem tego strachu jest fakt, że płacę podatek kościelny, do dzisiaj. Jestem po prostu zbyt tchórzliwy, by wystąpić z Kościoła, dobry Bóg mógłby się przecież na mnie zemścić.

P.P.: Jaką jeszcze rolę powinien dzisiaj odgrywać kościół?

P.T.: Możliwie często zmieniać papieża: ledwo Ratzinger odszedł na emeryturę i wybrano nową głowę Kościoła zaskoczenie rozniosło się dookoła kuli ziemskiej: ten nowy jest miłym, starszym panem, który chętniej nosi czarne niż czerwone buty. Coś takiego powinno się wykorzystać i zadbać o to, żeby możliwie co pół roku pojawiał się nowy papież. Wcześniej do zmiany przyczyniano się trucizną, może powinno się obecnie dla papieży zwiększyć wysokość zachęty do przejścia na emeryturę.

P.P.: Żałoba po zmarłym mężu jest kolejnym tematem sztuki, czy myśli Pan o śmierci?

P.T.: Tak, ale bez powodzenia. Całe pisarskie życie walczę przeciwko wszystkiemu, zrzucam na moje postaci teatralne całe szczęście i nieszczęście świata, ale co powinienem zrobić ze śmiercią? Nawet gdy w większości moich sztuk wszystkie postaci na końcu leżą martwe na scenie, sprawa w realnym życiu nie jest załatwiona, śmierć jest nadal obecna.

P.P.: Czy starość napawa Pana strachem?

P.T.: Irytuje mnie, jest bezczelnością. Przyzwyczaiłem się do wykonywania mojej pracy nie zważając na nic i nagle spotykam kilku lekarzy, którzy doradzają mi rozsądne zachowanie. Takie rady są naprawdę bolesne.

P.P.: Dyrektor teatru Josefstadt Herbert Föttinger ponownie wystawia prapremierę Pańskiej sztuki, jakiego ogólnie podejścia reżyserów do Pańskich sztuk życzyłby Pan sobie?

P.T.: Moje stanowisko jest całkiem proste: reżyserzy mogą pozwolić sobie na wszystko, poza wpisywaniem czegoś w moje teksty. Często miesiącami walczę z każdym zdaniem, z każdym słowem, aż oddam sztukę. Język jest moim wkładem dla teatru, jeśli ten wkład zostanie zlekceważony, ponieważ się go przepisze, przestawi, wplecie w niego kolaż innych tekstów, wtedy tego po prostu nie znoszę. Uważam, że całkowicie w porządku jest to, że nigdy nie zobaczę na deskach realizacji scenicznej, którą sobie wyobraziłem. Tym zajmują się inni, reżyser, scenograf i kostiumolog. Ale to ja przynoszę słowa pod strzechę. Herbert Föttinger szanuje to i dlatego pracujemy ze sobą już niemal od ośmiu lat.

P.P.: Dlaczego jest dla Pana tak ważne, by wśród wszechobecnych postdramatycznych tendencji trzymać się struktury dramatu? Czuje się Pan w swoich fachu nadal jak u siebie?

P.T.: Najszczersza odpowiedź, jaką mogę Pani dać, brzmi: nie potrafię inaczej, niż badać i opisywać ludzką postać, gmatwając ją w rozmaite dramatyczne sploty akcji. To moja obsesja i całkowicie bez znaczenia jest to, czy w moim fachu czuję się jak u siebie czy też nie. Będąc sobą czuję się jak u siebie.

P.P.: W 1971 roku odbyła się prapremiera „Rozznjogd”, sztuka ta w ciągu jednej nocy uczyniła z Pana enfant terrible, wystąpił Pan jako młody gniewny przeciw konserwatywno-mieszczańskiemu społeczeństwu i wywołał swoimi tekstami gwałtowne reakcje. Brakuje Panu tamtych starć na polu kultury?

P.T.: Nie brakuje mi sporów, nawet gdy nie są już tymi z lat 70-tych. Wcześniej poruszyła Pani temat postdramatycznych tendencji. To nie są tendencje tylko właśnie mainstream. Kto dzisiaj nie „płaszczyznuje tekstu”, nie idzie we wspólnym marszu ku szczytom czasu. Ja reprezentuję inny postawę i mówię o niej publicznie, również podczas wręczania Nagrody Nestroya, co przysparza mi wielu wrogów. Nic w moim życiu nie cichnie.

P.P: Czy zadanie artysty zmieniło się w świecie, który stał się zagmatwany i podporządkowuje się globalnym zasadom gry?

P.T.: Nigdy nie łamałem sobie głowy nad zadaniami artysty. Odkąd piszę istnieje dla mnie tylko jedna dewiza: komentuj świat tak, jak go przeżywasz, twoimi środkami literackimi, inaczej się nim udławisz. Odkrzykuj, ale możliwie kunsztownie.

P.P.: Jak skomentuje Pan aktualną sytuację polityczną w Karyntii, rząd trzech partii pod przywództwem premiera Petera Kaisera (SPÖ)?

P.T.: Polityczna przemiana w Karyntii wywołała we mnie po prostu radość. Zbyt długo, o wiele za długo to hajderowanie z im pokrewnymi wykolejeńcami zmieniało ten kraj w bagno. Teraz muszą troszkę schować te ich nienormalne głowy. Jednakże nie wierzę optymistycznie, że całkiem znikną.

P.P.: Swoją ojczystą Karyntię opuścił Pan przed czterdziestoma laty, znaczy coś jeszcze dla Pana?

P.T.: Wie Pani, jak to jest: opuszcza się miejsce swojego dzieciństwa, opuszcza miejsca, związki, ale to, co na zewnątrz i to, co wewnątrz nie przebiega synchronicznie. We mnie nadal wszystko kipi, nic nie zostaje załatwione.

Wywiad dostępny na stronie http://www.wienerzeitung.at/nachrichten/kultur/buehne/?em_cnt=542278&em_cnt_page=2

Comments are closed.