header_handke

Peter Handke «Zachwyt jest wszystkim»

Szczęście późnego objęcia

 

Peter Handke o starzeniu się, czasowemu ograniczeniu istnienia, opowiadaniu, swoich pasjach i o pytaniu, co chce przekazać córkom.

HUBERT PATTERER, STEFAN WINKLER

Panie Handke, siedemdziesiątka – jaki to próg?

Peter Handke: Nie wiedziałem, że będzie Pan pytał tak brutalnie.

Szydzi Pan z nas.

P.H.: Gdyby nie urodziny nie myślałbym w liczbach. Ale Pan pyta i staję się przez to więźniem Pańskiego sposobu myślenia.

Tak szybko?

P.H.: Tak, gdy wszyscy mówią o tym, co i Pan, wydaje się, że trzeba też tak myśleć, snuć refleksje na temat starości.

Czy to znaczy, że starość nie wywołuje w Panu żadnych emocji?

P.H.: W emocjach i patrzeniu nie odczuwa się wieku, nie jest się ani młodym ani starym. Ale kiedy przychodzą choroby lub zagrożenia, wtedy czuje się przemijalność.

Przygnębia to Pana?

P.H.: Przed rokiem poszedłem na spotkanie pomaturalne. Na pierwszy rzut oka nie rozpoznałem większości dziewczyn z dawnych czasów, podczas gdy wszyscy ciebie rozpoznają. To już zaczyna skłaniać do refleksji. Wtedy człowiek czuje się jak zawsze odmieńcem. Oni w swoim wieku są jak w namiocie, samemu nie jest się nawet na starość częścią wspólnoty.

Jest Pan sławny, inni nie – to stwarza dystans. Rozpoznał Pan przynajmniej kobietę, w której się wcześniej podkochiwał?

P. H.: Była taka kobieta.

Była też na spotkaniu?

P.H.: Tak, była tam. Nawet jej nie rozpoznałem. Po raz pierwszy objęliśmy się jako starsi ludzie, czego życzyłem sobie zawsze w naszych wspólnych czasach szkolnych. Po raz pierwszy poszczęściło mi się, że sama objęła mnie jako pierwsza.

Czy było na to za późno?

P.H.: Nic nie wydarza się za późno. Ale było to bardzo emocjonalne i poruszające. Bardzo? Wystarczy samo poruszające.

Chce Pan świętować starość?

P.H.: Należę do tych, którzy zawsze świętują swoje urodziny, z radości, że się urodziłem i żyję. Ale jeśli dzieje się to oficjalnie, uczestniczę tylko z uprzejmości.

Czuje się Pan niezręcznie?

P.H.: To tanie co powiem, ale nie interesuje mnie to. Wystarczy mi, że jacyś ludzie się gromadzą. Chcę być powodem, dla którego inni się spotykają i wspólnie cieszą. Sam jestem dość nieciekawy.

Gdzie chce Pan świętować?

P.H.: Nie w Wenecji i nie w Londynie. Gdzieś przy ogniu w kominku i wyjącym wietrze. I może jeszcze z kilkoma płatkami śniegu.

Dlaczego ten kicz? Nie ma miejsca, które jest Panu bliskie?

P.H.: Miejsce w Jauntal, gdzie właśnie siedzimy, jest mi obecnie bliskie. Jedno miejsce symbolizuje wszystkie inne. Tak to już jest z wiekiem. Jesteśmy obcy na ziemi. Trzeba się pożegnać. „Czule trzeba odejść” napisał Ferdinand Raimund. Odejść nie tylko od ludzi, ale też od trawy i wiatru. Ale jak temu podołać?

Znajdując się w pięknym miejscu myśli Pan o pożegnaniu?

P.H.: Goethe powiedział: dlaczego nie odchodzi się ze świata jako gość życia? Wypowiedział to lekko, ale u końca również dla niego umieranie nie było takie łatwe. „I dopóki nie posiądziesz tego: umrzyj i stań się! Jesteś tylko ponurym gościem na ciemnej ziemi”. To tajemnica, której nikt nie odgadnie, nawet papież.

Chciałby Pan przeżyć życie inaczej?

P.H.: Chętnie nauczyłbym się obsługiwać karabin maszynowy.

Dla kogo? Przeciwko komu?

P.H.: Tego nie powiem. Tak przyszło mi na myśl. Oczywiście, jak to się mówi, tylko do samoobrony. Chętnie odbyłbym służbę wojskową. Ale nadrobiłem ją traktując siebie przez lata jak moich własnych żołnierzy.

Niewielu  jest autorów równie twórczych jak Pan.

P.H.: Nie chcę słyszeć słowa “twórczy”.

Którzy piszą tak wiele jak Pan.

P.H.: Jeszcze gorzej.

Inni milkną z wiekiem.

P.H.: Wcale nie milkną, tylko cały czas gderają dookoła, że zamilkli. Jestem niemy, ponieważ piszę. Żaden człowiek nie milknie. Nie ma czegoś takiego. Ci, którzy ucichli są tymi najnieszczęśliwszymi. Gromadzi się w nich to, ale nie wydostaje na zewnątrz.

Natomiast dla Pana opowiadanie pozostało sprawą egzystencjalną?

P.H.: Po sześciu, siedmiu miesiącach myślę sobie zawsze, teraz mam już dość szukania grzybów, chodzenia do kina, czytania, prac w ogrodzie i przycinania drzew. Teraz musi się coś wydarzyć, muszę znowu wystawić się na ryzyko. Mogą to być również małe rzeczy, jak obecnie „Szkic o Spokojnym Miejscu”. Najpiękniejszym dla mnie jest pisanie czegoś spokojnego, o czym jeszcze nikt wcześniej nie pomyślał, to jest warte literatury. Czym może być toaleta, jeśli nie miejscem, w którym znajduje się siłę? Może nawet bardziej niż kościół.

Czy jeszcze pojawi się jakiś szkic?

P.H.: Jeszcze jeden. O wariacie na punkcie grzybów.

Czyli o Panu.

P.H.: U człowieka zwariowanego na punkcie grzybów dzieje się tak, że traci towarzystwo. Grzyby zastępują mu każdego króla. Pięknym w tym jest to, że to szaleństwo nie jest wcale takie złe, zawsze w równowadze między przygodą i obłędem, ale lepsze niż kokaina. U mnie w lesie w Chaville są Portugalczycy, którzy wyruszają w nocy z latarkami na poszukiwanie grzybów.

Przepędza Pan ich?

P.H.: Nie, tam się nie zapuszczam. Chociaż: leżałem już o czwartej rano nie śpiąc i myślałem sobie, teraz w sumie można by było.

Co Pana powstrzymało?

P.H.: Moja żona nie mogła już patrzeć na grzyby i czuć ich zapachu. Więc uciekłem na dworcowe nadbrzeże i ukryłem grzyby, żeby na mnie nie krzyczała, gdy przyjdę z nimi do domu.

Czy ta pasja pochodzi z Pana dzieciństwa?

P.H.: Za grzyby kupowałem moje pierwsze książki.

Grzyby były Pańską przepustką do świata?

P.H.: Raczej są moimi ostatnimi przyjaciółmi, ostatnią radością przed autostradą śmierci. Last Exit: borowik.

Co chce Pan przekazać swoim dwóm córkom?

P.H.: Powagę. Zachwyt. To, że coś może nimi wstrząsnąć. Zachwyt jest wszystkim. To, żeby się go nie wstydziły. Żeby przyznawały się do tego, co kochają. Aby tego broniły i przekazywały dalej. Aby były tradycjonalistkami, w pewien sposób konserwatystkami. I aby nie stały się cyniczne. Ironia może pomagać, ale cynizm nie. Autoironia chroni również własny zachwyt. Kiedy jest się ironicznym wobec siebie. Chcę im przekazać to, że można również wpadać w gniew.

Czy gniew nie jest czymś niegodziwym?

P.H.: Gniew nie jest moim zdaniem zły, czasami nawet wściekłość. Nie opowiadam się przeciwko gniewowi, ale przeciwko nienawiści, nienawiść jest najgorsza. Jestem bardzo zagrożony wstrętem. Zawsze. Od dawna. Nie lubię tego w sobie.

Polepsza się to z upływem lat?

P.H.: Nie, mój słuch staje się coraz bardziej wrażliwy, wrażliwość na to, co brzydkie, na absurd i brzydotę rośnie. Od razu spostrzega się brzydotę. Wiem, że czasami pomaga kieliszek wina.

Co pozostaje po człowieku?

P.H.: Wszystko.

Artykuł dostępny na stronie gazety Kleine Zeitung:

 http://www.kleinezeitung.at/nachrichten/kultur/3176046/peter-handke-grunde-bin-ich-relativ-normal.story

Comments are closed.