Ilse Aichinger

Ilse Aichinger: „Z wszystkiego można by się uśmiać do łez, gdyby nie konało się ze śmiechu”

Ilse Aichinger obchodzi 75 urodziny: W Die ZEIT rozmowa z austriacką pisarką.

autorstwa Iris Radisch

DIE ZEIT nr 45/19961. Listopad 1996

Iris Radisch: W wieku 27 lat opublikowała Pani powieść „Większa nadzieja”. Potem nastąpiły krótkie opowiadania, słuchowiska, wiersze. W końcu już tylko zdania. Ostatnie opublikowane brzmi: „Z wszystkiego można by się uśmiać do łez, gdyby nie konało się ze śmiechu”. To był rok 1985, od tego czasu niemal nic więcej. Co się stało?

Ilse Aichinger: Zawsze uważałam, że to bardzo ciężki zawód. Nigdy nie chciałam zostać pisarką. Chciałam być lekarką, przeszkodziła w tym moja niezdarność.  Na początku miałam właściwie zamiar napisać wyłącznie reportaż z czasu wojny. Nie myślałam w ogóle o książce, chciałam tylko utrwalić wszystko tak dokładnie, jak to możliwe. Gdy potem książka ukazała się w wydawnictwie Fischer, zawierała jeszcze o wiele za dużo. Najchętniej powiedziałabym wtedy jedno zdanie, a nie dwadzieścia.

I.R.: Tylko jedno zdanie o wojnie?

I.A.: Wojna była dla mnie najszczęśliwszym czasem. Była dla mnie pomocna. To, co wtedy przyszło mi zobaczyć, było dla mnie najważniejsze w życiu. Czas wojny był pełen nadziei. Wiedziało się dokładnie, gdzie są przyjaciele, a gdzie ich nie ma, co w dzisiejszym Wiedniu już nie jest takie jasne. Wojna klarowała rzeczy.

I.R.: Czy w takim razie nie pisze już Pani prawie wcale z powodu pokoju?

I.A.: Nie potrafię po prostu usiąść o ósmej rano i pomyśleć, teraz będę pisać. Nie muszę pisać ani wcale o tym myśleć.

I.R.: Nudzi się Pani?

I.A.: Oczywiście. To może być śmiertelne. Ale pisanie jest związane ze śmiercią. Czy to śmiertelna nuda czy inna forma umierania… Poza tym chętnie chodzę do kina.

I.R.: Z nudy?

I.A.: Kino jest formą znikania. Można zanurzyć się w ciemność, stać niewidzialnym. Już jako dziecko chciałam zniknąć. To było moje pierwsze usilne pragnienie. Nie pamiętam prawie nic innego poza tym szaleńczym życzeniem. Jest ono ciągle jest obecne. Zawsze uważałam za bezczelność fakt, że nie zostaje się zapytanym, czy chce się przyjść na świat. Z pewnością bym odmówiła.

I.R.: Dlaczego?

I.A.: Ile cierpienia trzeba się naoglądać. Te niesprawiedliwości, które, pomijając wszelką politykę, wynikają już z samej biologii. Jestem identycznym bliźniakiem, starszym, żywotniejszym. Obydwie przechodziłyśmy ciężkie choroby, ale moja siostra była zawsze bliższa śmierci. Stauffenberg [oficer niemiecki, który przeprowadził zamach na Hitlera - przyp. A.K.] miał również identycznego bliźniaka, który zmarł jednak przy porodzie.

I.R.: Życie jako bliźniak jest jeszcze bardziej niesprawiedliwe niż życie jako takie?

I.A.: Można przy tym pojąć, że cała biologia jest terrorystyczną strategią przeżycia, której właściwie nie chce się sprostać. Nikogo się nie pyta, również o to, czy chce umrzeć. Chcę być martwa, ale nie chcę umierać, ponieważ widziałam kilka razy, jak długo może to trwać. Ta bezczelność, nie tylko względem mnie, ale każdego żyjącego. Ale ku mojemu zdziwieniu większość ludzi się na to całkowicie zgadza.

I.R.: Na życie?

I.A.: Każdy chce być dokładnie tym, kim jest. Nikt nie wpadnie na pomysł, że chciałby być kimś innym lub w ogóle nie być.

I.R.: O kobietach mówi się zawsze, że chcą chronić życie.

I.A.: Gdy dziewczyny w gimnazjum mówiły: nie będę studiowała, i tak wyjdę za mąż, byłam oburzona tym, jak same się definiują. To jest przecież straszne, to trzymanie świata w biegu.

I.R.: Pani trzymała go w biegu dwójką dzieci.

I.A.: Zawsze łączyła mnie silna więź z północnym wschodem, którego nigdy nie widziałam. Nigdy nie chciałam pojechać do Włoch czy Francji. Wschodnie Prusy, kraje bałtyckie niesamowicie mnie pociągały, cichość północnego wschodu. Gdybym przez przypadek nie poznała kogoś, kto pochodził z północy i był bardzo milczący, kto nie wypowiadał się tak krytycznie jak wszyscy, albo tylko bardzo rzadko… Północny wschód stał się moim losem.

I.R.: Nowonarodzone dzieci promienieją szczęściem i radością życia. Pierwszą rzeczą w życiu jest szczęście.

I.A.: Muszą dorosnąć, jest ich zbyt dużo. Co się dzieje? Obecnie kariera jest przecież najważniejsza. Nie robienie kariery jest rodzajem śmierci.

I.R.: W czasie wojny jako pół-Żydówka z trudem przeżyła Pani ze swoją matką Żydówką w małym pokoiku w Wiedniu. Pani babcia została deportowana i zginęła. Później pisała Pani: „Nie przeżywa się wszystkiego, co się przeżywa”. Czego Pani nie przeżyła?

I.A.: Widoku mojej babci w bydlęcych wagonach na moście Schwedenbrücke w Wiedniu. I ludzi dookoła mnie, który przyglądali się temu z pewnym zadowoleniem. Byłam bardzo młoda i miałam pewność, że moja babcia, która była dla mnie najdroższą osobą na świecie, wróci. Potem wojna się skończyła, rozpoczęły się czasy dobrobytu i ludzie przemykali obok człowieka. To było jeszcze gorsze niż wojna.

I.R.: Dzisiejsze czasy są straszniejsze niż przeszłość?

I.A.: Bardziej niejasne i przez to gorsze. Uwielbiam momenty wyjaśnienia. W Wiedniu zdarzają się tak rzadko, ta uprzejmość, to całuję-rączki, nigdy nie wiadomo, co za tym stoi.

I.R.: Milsza jest Pani nieuprzejmość?

I.A.: Tak. Wiadomo, o co chodzi.

I.R.: W powieści tytułowa „Większa nadzieja” polega przede wszystkim na tym, że cierpienia ludzi nie pójdą na marne, że ofiary zostaną wynagrodzone.

I.A.: Ta nadzieja stawała się coraz silniejsza podczas wojny. Była jak triumf. Od tego czasu stałam się bardziej anarchistyczna i nihilistyczna. Jest tylko jeszcze jedna rzecz, w którą wierzę. To obecność ludzi, czasami też zwierząt.

I.R.: Czym ona jest?

I.A.: Raz przerwałam rozmowę z pewnym obcym człowiekiem i odeszłam, ponieważ byłam zbyt zmęczona. Heinrich Böll był przy tym i powiedziałam mu: „Nie życzyłam temu Panu dobrej nocy” i poprosiłam go, żeby zrobił to za mnie. Böll odparł: „On nie istnieje, jemu nikt nie musi życzyć dobrej nocy”. Istnienie i nieistnienie, to było genialne wyrażenie. To istnienie, nieważne czy się żyje czy już umarło, czy się już tam było czy jeszcze nie, to jest dla mnie pojęcie.

I.R.: Czy są żyjący ludzie, którzy nie istnieją?

I.A.: Większość z nich. Ale mogliby istnieć. Istnienie jest oczywiście bardziej skomplikowane, trudniejsze, wymaga pewnej ascezy. Przede wszystkim istotnym jest zauważenie, że się nie istnieje, ponieważ każdy do pewnego stopnia nie istnieje. Życie z tym nieistnieniem to jedyna asceza, która jest jeszcze dzisiaj możliwa.

I.R.: Asceza?

I.A.: Rezygnacja. Nauczyłam się, że życzenia są najważniejsze. I że spełnione życzenia są nieszczęściem. Jest skrajnie trudno żyć bez niespełnionych życzeń.

I.R.: Czy widzi Pani w człowieku na pierwszy rzut oka jego istnienie lub nieistnienie?

I.A.: Często.

I.R.: Też tutaj w Café Imperial?

I.A.: Szczególnie tutaj. Nawet gdy widzę same plecy, po sposobie mówienia i przysłuchiwania się. Tego już dzisiaj nie ma, dziś wszyscy mówią na raz. To się skończyło.

I.R.: A zmarli, ofiary? Czy nadzieja, że ich cierpienia nie były bezsensowne, jest stracona?

I.A.: Oni pozostaną obecni. Wierzę w obecność żyjących i zmarłych. Nie wiem, czy można z nimi nawiązać kontakt, ale czuję ich obecność. Na przykład Sophie i Hans Scholl, cały czas czuję, że obydwoje są obecni. Należy to do niewielu uspokajających rzeczy, które istnieją.

I.R.: Wraz z większą nadzieją zniknęło ze świata coś decydującego. Młodzi autorzy nie piszą dziś już tak jak Pani pokolenie po katastrofie, piszą pozbawieni katastrofy.

I.A.: Dzisiaj trzeba najpierw uzmysłowić, jaką katastrofą jest życie bez katastrofy, że życie, które samo w sobie uważam za katastrofę, nie staje się wyraźne. Ma się poczucie, że otoczenie jest niezrozumiałe i człowiek staje się sam niezrozumiały. Nie widzi już własnych konturów. Nie dostrzega się też już konturów biedy. Bardzo ciężko zdać sobie z tego sprawę. Od razu zostaje się outsiderem. Młodym dzisiaj – ale ich się już nie zna, to są przecież anonimowi ludzie – trzeba by powiedzieć, twój geniusz polega na zauważeniu, że jesteś niczym. Uzmysłowić niejasność, do tego trzeba być o wiele genialniejszym niż do wyjaśnienia warunków wojny światowej. Ale największą zdolnością jest umiejętność bycia na świecie. Wytrzymania tego z pewną pogodą ducha.

I.R.: Czyli uważa Pani, że największą zdolnością jest nieodebranie sobie życia?

I.A.: Tak. Do popełnienia samobójstwa potrzebne jest z kolei pewne manualne uzdolnienie. Myśli się przede wszystkim, że ma się do tego prawo. Nie jest to żadne szczególne prawo, ale przynajmniej to jedno chce się posiadać.

I.R.: Co powinni zrobić dzisiaj młodzi autorzy?

I.A.: Uświadomić sobie, gdzie leży konieczność. Przede wszystkim mieć inny zawód. Pisanie nie jest zawodem. Dzisiaj już nie. Język rozsypał się w drobny mak, to już przecież wiadomo. Robert Musil w pełni to odgadnął. Ale większość pisze byle dalej, szybko, chronologicznie i nieuważnie. Dzisiaj nie można już samemu zdefiniować się jako autor. Obojętnie, czy jest się instalatorem, pielęgniarzem czy pracuje się w biurze. To jest jeszcze inny świat, nawet jeśli kogoś zanudza. Jeśli ktoś pyta mnie o zawód, odpowiadam “prywatny”.

I.R.: Co jest dla Pani obecnie największą troską?

I.A.: Osamotnienie chorych – na raka, schizofreników, Szpital Ogólny w Wiedniu. Nikt nie wykazuje zainteresowania, ponieważ udział w tym oznaczałby wyobrażenie sobie, że ma się to samo. Ludzie nie mają już potrzeby zbierania doświadczeń.

I.R.: Co by Pani robiła, gdyby miała dzisiaj 28 lat?

I.A.: Studiowałabym filozofię i do tego robiłabym coś, co może pomóc, czy to psychicznie czy poprzez proste przysłuchiwanie się.

I.R.: Dlaczego filozofię?

I.A.: By poznać uzasadnienie egzystencji.

I.R.: Odpowiedź na pytanie, dlaczego jesteśmy?

I.A.: Tak.

I.R.: Nie wie Pani tego już od dawna?

I.A.: Chcę o tym przeczytać, czarno na białym.

I.R.: Kilkakrotnie mówiła Pani, że milczenie jest tym, co przyciąga wszystkie słowa, które Pani pisze. Że najlepiej powinno się nałożyć na siebie i świat nakaz milczenia.

I.A.: Nawet gdy się mówi, ta waluta musi mieć pokrycie w ciszy. Kiedyś używało się tego staromodnego słowa obserwacja, to znaczy: przyglądać się dokładnie i długo. Chodzić zawsze po tych samych ulicach i czekać, aż coś się odkryje. Nie jestem zwolenniczką odmiany. Podróżuję niechętnie. Obserwacja jest dla mnie niezmiernie ważnym słowem. Na początku może być nudno, ponieważ się jej nie opanowało. Później można doświadczyć, że w świecie jest duch. Zawsze ta sama niewielka ilość.

I.R.: Milczenie było również częścią literackiego protestu Pani pokolenia. Miało wyrażać nieufność, wyrywać „blademu obywatelowi” stereotypy z ust, miało uświadamiać, wstrząsnąć. To była rewolucja estetyczna, jakiej jeszcze w Niemczech nie było. Podczas gdy pracowała Pani nad swoim tekstem „Wezwanie do nieufności”, Nathalie Sarraute opublikowała w Paryżu zbiór esejów o tytule „Epoka nieufności”. Człowiek przekarmiony słowami i kontekstami zareagował milczeniem i negacją każdego powiązania. Obecnie autor cierpi raczej z niedożywienia. Nie widzi nigdzie związku.

I.A.: Cierpieniem tego czasu jest brak spójności, również rodzin. Można to rozpoznać po budynkach. To jest słaby czas. Ale nie można po prostu zacząć pisać i sztucznie tworzyć powiązania. Możliwość spójnego pisania z pewnością wróci. W tej chwili można tylko dokładnie pojąć, że nie ma związków i że wszystko zależy od każdej jednostki, od zwrócenia się jednostki w stronę obcych losów – to brzmi teraz trochę jak zbawcze przesłanie.

I.R.: Gdyby zaczęła Pani dzisiaj pisać, jakby Pani pisała?

I.A.: To byłoby pisanie reportaży, niczego fikcyjnego. Bycie dokładnym. Obserwowanie małych rzeczy, detali. Punkty. Pisanie musi odbywać się punkt po punkcie. Cieszyłabym się, gdybym mogła napisać coś, co ukaże, że ten świat potrzebuje pomocy.

I.R.: Żadnej rewolucji w języku?

I.A.: To jest trudne. Można samemu się często przyłapać na mówieniu banałów. Błędnym jest już powiedzieć do kogoś: „Co u Pana słychać”, jeśli nie chce się tego naprawdę wiedzieć. A kto naprawdę chce wiedzieć, co u kogoś słychać? I kto chce naprawdę powiedzieć, jak mu się wiedzie, kto może to zrobić? W tym przypadku Anglicy są dokładniejsi odpowiadając na: „How do you do?” dokładnie to samo.

I.R.: Żadnego zaangażowania poezji?

I.A.: Jest wiele pilnych rzeczy, które trzeba zrobić. Pisanie nie jest pierwszą z nich.

I.R.: Ale przecież bycie zamkniętym w życiu pozbawionym dobrych książek byłoby piekłem.

I.A.: Ja również ich potrzebuję. Czytam ciągle od nowa Josepha Conrada, chociaż ani miejsca ani zdarzenia w jego powieściach nie interesują mnie w najmniejszym stopniu. Ale fascynuje mnie tak bardzo, że nie ma w nich ani jednego niepotrzebnego zdania. Pośród nowych twórców to Josef Winkler. W jego dziełach jest ta niewiarygodna, wręcz fanatyczna dokładność.

I.R.: Książki powojenne zostały napisane w pewnym sensie naprawdę na literackich ruinach. Tego co napisała Pani, Günter Eich, Ingeborg Bachmann lub Wolfgang Koeppen w języku niemieckim nigdy wcześniej nie było. Teraz już prawie wszyscy autorzy tej generacji zmarli. Czy widzi Pani gdzieś swoich wnuków?  Kogoś, kto dalej piszę taką literaturę?

I.A.: Może gdzieś pośród ukrytych egzystencji, które nie śmią, a nawet wcale nie przejdzie im przez myśl, że właśnie tak potrafią.

I.R.: Przestrzeń literacka, w której Pani dorastała, zniknęła. Galicja jako kraina pisania i kraina kultury jest już historią.

I.A.: Po napaści Hitlera ogarnął mnie okropny smutek, ponieważ czułam, że Austria zniknęła. A była dla mnie domem, nie państwem, nie krajem, powiedziałabym niemalże, że była nastrojem, ale to nieodpowiednie słowo. Była przestrzenią duchową.

I.R.: A nie jest nią alpejski, katolicki Dark room Elfriede Jelinek?

I.A.: One chce więcej zmienić. I wierzy w to. Jest też młodsza i ma rację. Sądzę, że Elfriede Jelinek jest gotowa ręczyć za to, co pisze.

I.R.: Elfriede Jelinek jak również Ingeborg Bachmann piszą o byciu kobietą, o kobiecie-ranie…

I.A.: Och, Bachmann! To jest takie kobiecie, tak okropnie poddańcze. Nie wpadła kompletnie na pomysł, że istnieje też biologiczna rewolta, anarchia.

I.R.: Nigdy nie pisała Pani o cierpieniu w życiu kobiety.

I.A.: Ale zawsze odczuwałam, że kobiety są pokrzywdzone przez naturę.

I.R.: Dlaczego?

I.A.: Ponieważ przykładowo rodzą dzieci.

I.R.: Można na to spojrzeć, jako na zaletę.

I.A.: Uważam, że bóle porodowe nie są żadną zaletą. Pod kątem biologicznym to całkowicie niesprawiedliwe. Dlaczego mężczyźni nie odczuwają żadnych bólów? Nawet krowy są nieustannie nękane przez elektryczne maszyny, woły nie. Wszystko mogłoby być całkiem inne. A wszyscy to akceptują, jakby była to jedyna możliwość. Ta biologiczna anarchia była już we mnie w dzieciństwie. Nigdy nie chciałam wieść kobiecego trybu życia, jednakże gdy pojawiły się dzieci, byłam z nimi szczęśliwa.

I.R.: 19 lat trwało Pani małżeństwo z Günterem Eichem, od 24 lat jest Pani sama. Czy czuje się Pani niekompletna?

I.A.: Nie. Mój mąż należy do obecności, które nigdy nie przemijają.

I.R.: Czy istnieje więc jeden człowiek, który jest tym właściwym?

I.A.: W żadnym razie nie wyszłabym za mąż za nikogo innego, żeby tylko wziąć ślub. To była właściwie kontrakcja przeciwko mnie samej. I zawsze miałam to sobie trochę za złe. Ale nie żałowałam.

I.R.: Napisała Pani, że „absolutna miłość jest absolutną samotnością”. Czy tak było?

I.A.: To, czego nie kochamy, nie może stać się nigdy tak obce, jak obiekt naszej miłości. Musi to być ekstremalne, w innym wypadku to banał.

I.R.: Obchodzi Pani 75 urodziny. Jakie są najważniejsze wspomnienia, jakie pozostały Pani z tego długiego życia?

I.A.: Są takie punkty, które są obecne o wiele bardziej niż rzeczywistość. Zapach kadzidła zmieszanego z ługiem mydlanym, którym myło się kamienne podłogi w mojej szkole klasztornej. Czuję go, chociaż nie ma go już nigdzie. I ten zapach dymu, slumsów w Anglii. Albo zapach kropli walerianowych w starych mieszkaniach. Te mgliste dni, kiedy mgła była tak gęsta, że trzeba iść za ślepymi, bo oni znają drogę.

I.R.: Czego życzy Pani sobie na przyszłość?

I.A.: Żeby przyszłość nie trwała zbyt długo.

 

Artykuł w języku niemieckim na stronie http://www.zeit.de/1996/45/aich.txt.19961101.xml [19.41, 2.08.2014]

Comments are closed.