Günter Brus | Foto (c) Tom Linecker

Günther Brus o Akcjonizmie Wiedeńskim, buncie i sztuce w młodości i po latach

O Akcjonizmie Wiedeńskim słychać w ostatnich latach coraz więcej, wystarczy wspomnieć wystawy w MUMOK-u [Muzeum Sztuki Współczesnej w Wiedniu], w wiedeńskim Domu Literatury czy MOCAK-u [Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie].  Przed dwoma dniami zmarł jeden z członków grupy, Otto Muehl. Tym wartościowszy wydaje mi się wywiad przeprowadzony z Güntherem Brusem, stanowiący z jednej strony autoretrospektywę, z drugiej ciąg dalszy historii ukazujący artystę tu i teraz.

Günther Brus – najważniejszy przedstawiciel Akcjonizmu Wiedeńskiego – o Grecji, o tym, dlaczego sztuka nie potrafi już dziś szokować i o swojej stanowczej postawie względem praw autorskich.

 

Günther Brus dotarł do końca drogi. Jego okazały dom z małą chatką w ogrodzie służącą jako atelier jest ostatni w niewielkiej uliczce dzielnicy Andritz, znajdującej się na obrzeżach miasta Graz.

Wszystko wokół jest objęte ścisłą ochroną jako rezerwat przyrody, nikt nie może już tutaj budować”, mówi Brus. Nazywany niegdyś “najbardziej znienawidzonym Austriakiem”, a od czasu “świństwa na uniwersytecie” („Uni-Ferkelei“1) w 1970 roku jeden z najbardziej kontrowersyjnych artystów w kraju szuka spokoju. “Żyjemy tutaj w dużym odosobnieniu”, mówi jego żona Anna. Przed dwoma laty Brus musiał z powodu choroby zrezygnować z prowadzenia kolumny w gazecie DATUM. Teraz powrócił mniej więcej do zdrowia, jest jednak nadal poddawany leczeniu. “Tutaj jest trochę jak w szpitalu” stwierdza. W ostatnim czasie 73-letni artysta doczekał się uznania, którego odmawiano mu przez dziesięciolecia. W 2011 roku w Nowej Galerii w Grazu otwarto “Bruseum”, również MoMA [The Museum of Modern Art – przyp. A.K.] w Nowym Jorku dopiero co zakupiło jego prace, trwają rozmowy dotyczące większej wystawy. Obecnie Brus uważany jest za najważniejszego przedstawiciela Akcjonizmu Wiedeńskiego, kierunku sztuki, który zainicjował w latach 60-tych wraz z Otto Muehlem, Hermannem Nitschem i Rudolfem Schwarzkoglerem. Z Austrią nigdy się nie pogodził, ale trochę złagodniał. Cieszy się z niewielkiej stopy bezrobocia w kraju i przestrzegania prawa podatkowego przez Austriaków, dostrzega pozytywne aspekty nudy, wyjaśnia, dlaczego artysta może dzisiaj szokować tylko za wysoką cenę i czemu zawsze wyprzedzał swój czas.

Z powodu stanu zdrowia pracował Pan mniej w poprzednich latach. Co się stało?

Moi lekarze powiedzieli, że muszę przez rok odpocząć i o niczym nie myśleć. To oczywiście trudny proces dla artysty. Ograniczyłem rysowanie, ale nadal wiele pisałem, rzecz jasna wbrew woli moich lekarzy. W porównaniu do tego, co było wcześniej i tak bardzo je zredukowałem, związane jest to jednak również z wiekiem. Wolę nic nie robić, niż zacząć tworzyć marne, starcze dzieła. Nie udostępniam niczego, gdy mam poczucie, że przy pracy nie byłem wystarczająco skupiony albo zabrakło mi energii. Pod tym względem jestem rygorystyczny.

Przez lata prowadził Pan w gazecie DATUM kolumnę polityczną. Jak pilnie śledzi Pan obecnie codzienne wydarzenia w polityce?

Nadal śledzę, ale już nie komentuję. Ta kolumna była dla mnie wyjściem ze ślepej uliczki: nie chciałem się izolować, ograniczyć się do przelotnych dyskusji z kolegami. Nadal interesuje mnie przede wszystkim wolność poetycka. Pisząc tę kolumnę musiałem się zdyscyplinować, co było dla mnie całkiem przyjemne.

Co przychodzi Panu na myśl odnośnie obecnego rządu?

Moja żona i ja byliśmy zawsze przeciwko rządowi naszych czasów, z jednym wyjątkiem: w przypadku Bruno Kreiskiego mieliśmy szczęście, że przynajmniej raz u sterów był inteligentny człowiek. Udało mu się niejedno zdziałać, także w obszarze sztuki. Dzisiaj nie myślę już o konkretnych osobach, tylko o ogólnej sytuacji, w której znajduje się Austria. Wygląda – mówiąc obiektywnie – całkiem nieźle, pomimo mnóstwa niedociągnięć. Ale liczba bezrobotnych jest nadzwyczajnie niska.

Czyli nie obawia się Pan u nas hiszpańskiej sytuacji z 50-cio procentową stopą bezrobocia wśród młodzieży?

Nie chcę być żadnym prorokiem, ale nigdy nie dojdziemy do sytuacji takiej jak w Hiszpanii, a już tym bardziej w Grecji. Grecy nie zostali wychowani na obywateli państwowych, wcześniej byli pod panowaniem osmańskim, potem w dyktaturze. Nie mają wpojone, że należy płacić podatki, w przeciwieństwie do Austriaków i Niemców. Południowcy pozwolili, by wkradł się nieład, ale nie przystosowali do niego tak zwanego obywatela państwa.

Czy w swoich akcjach nie walczył Pan właśnie przeciwko wychowywaniu na obywatela państwowego?

Nie, mam na myśli świadomość ukształtowaną historycznie, której brakuje przykładowo Grekom. Mamy ją my i ludzie u nas słusznie skarżą się, gdy coś zostanie źle zaplanowane. Posługując się stylem gazety Krone Zeitung: „Trzeba wyrazić sprzeciw, gdy ciągle marnowane są pieniądze podatników. Nie zgadzam się na to”.

Czy tamte czasy, koniec lat 60-tych da się porównać z dzisiejszymi?

Absolutnie nie da się porównać. Przed Kreiskim była zimna wojna. Tego nie można sobie już dzisiaj wyobrazić. Wiedeń był miastem policyjnym, mundurowy na każdym rogu czekał tylko na to, że wejdzie się na trawnik albo popełni inne drobne przewinienie. Zostałem kilkakrotnie aresztowany, ponieważ nie zachowywałem się prawidłowo czy porządnie na ulicy. To był powód, dla którego wszędzie odbywały się protesty, wówczas konieczne.

Dzisiaj już nie są konieczne?

Nie. Oczywiście jest kilku takich, co powinni dostać za swoje. Ci, którzy naprawdę brali w łapę, tym trzeba się ostro zająć; eleganckimi panami, którzy zawsze opowiadali się za czystością kraju, a tylko cały czas skubali ludzi.

Swoim akcjonizmem spowodował Pan wiele zamętu. Czy dzisiaj wywołałby ten sam efekt?

To był właściwy czas i miejsce. Gdybym wtedy dorastał w Amsterdamie, dążyłbym do całkiem innym celów. To było dopasowane do Wiednia. Dzisiaj już absolutnie nie można by było czegoś takiego zrobić. Każdy, kto próbuje, jest dla mnie spekulantem, który chce rzucić się w oczy i nie działa pod wpływem wewnętrznego przymusu. Młoda sztuka jest teraz daleko od akcji, wpływy przeniosły się bardziej na teatr i film. Najważniejszymi artystami współczesności są ci zajmujący się problemami ekologicznymi i socjalnymi. Nie mogą tym wzbudzać wielkich kontrowersji, ponieważ społeczeństwo w większości zgadza się z ich postulatami.

Sztuka już nie porusza?

Nie tak jak kiedyś. Od lat 70-tych nie było już żadnych prawdziwych skandali w obszarze sztuki. Jeśli nawet, to można mówić nie o skandalach, ale zdumieniu i częściowym proteście. Skandal wywołać można dzisiaj wysadzając diamentami czaszki zmarłych, jak Damien Hirst. Skandal późnego kapitalizmu, szokuje się wysoką ceną.

Stwierdza Pan, że obecnie trudniej szokować: czy to pozytywna zmiana czy może sprawia, że wszystko staje się trochę nudniejsze?

Może i nudniejsze, ale powiedziałbym, że w pozytywnym sensie. Niezbyt przyjemnie byłoby żyć w systemie społecznym, z którego wydostać się można tylko tak, jak to niegdyś robiliśmy. W tym sensie nudę można ocenić raczej pozytywnie. Ale czym jest nuda? To czas, kiedy sztukę pojmuje się tak, jak chce być rozumiana. Osiągnęliśmy to i dało nam to przyjemność.

Niełatwo dzisiaj znaleźć wroga, szczególnie w czasach kryzysu gospodarczego, kiedy wszystko staje się zagmatwane i nie wiadomo, kto jest winien jakim zmianom. Przeciw czemu można więc protestować?

Ciągle się protestuje. Przemarsze Occupy są w naszym stylu, brakuje w nich tylko indywidualizmu. Nie ma jednak na niego miejsca, ponieważ wznieceniu protestu mogą podołać teraz tylko masy, a nie jednostka.

Problemy przerosły sztukę?

Tak, jednostka nie może już zbyt wiele dokonać. 

Pańskie akcje u końca lat 60-tych były bardziej sztuką czy protestem?

W latach 1967-68 interesowała mnie bardzo sytuacja światowa, przede wszystkim jednak wiedeńska i austriacka polityka. Moje akcje musiały poruszyć pokłady nagromadzonego sprzeciwu. Nocą uciekłem do Berlina, nie mogłem opuszczać miasta bez pozwolenia policji. Berlin był politycznym punktem zapalnym, to było wyzwanie. Zetknąłem się wówczas z różnymi postaciami ze sceny lewicowej, z Komuną 12 oraz – przypadkowo i nie z własnej woli – z członkami RAF3.

Jak zawiązał się mimowolny kontakt z RAF-em?

Moja żona otworzyła wówczas z koleżanką szwalnię, w tym samym budynku znajdowała się również komórka RAF-u. Odwiedziła mnie Gudrun Ensslin (współzałożycielka RAF-u, uczestniczyła w zamachu, w którym zginęły cztery osoby; w 1977 popełniła samobójstwo w więzieniu), zaraz po pożarze domu handlowego we Frankfurcie, była w trakcie ucieczki. A dokąd się wtedy jechało? Do Berlina. Rozmawialiśmy wtedy dość długo, usprawiedliwiała swoje czyny stanem świata. Stanowczo protestowałem, ponieważ w pożarze mogli zginąć niewinni ludzie. Ensslin była już wtedy fanatyczką, oni wszyscy stracili kontakt z rzeczywistością. To był początek jej radykalnej fazy.

Ta ideologia była Panu odległa?

Oczywiście śledziłem uważnie polityczne przemiany i protesty. Widziałem jak obrzucono płytami chodnikowymi dom Ameryki (Amerika-Haus4). Zaraz obok w kawiarniach siedzieli zwykli obywatele i przyglądali się całemu zdarzeniu. Berlińczycy, jak to oni, przyjęli to ze spokojem. Mnie wyprowadziły z równowagi okrzyki „Mao” i „Ho-Chi-Minh”, wiedziałem już wówczas, że obydwaj są zbrodniarzami mającymi na sumieniu miliony ludzi. Przy ataku na domem Ameryki pomyślałem: „Mój Boże, Ameryka, za czy przeciw!” Oczywiście Amerykanie skierowali ówczesną sytuację światową w ślepą uliczkę. Ale istniała też inna strona, most powietrzny nad Berlinem, pomoc po wojnie. W konsekwencji nie tylko wstrzymywałem się od politycznych wypowiedzi, ale zacząłem skłaniać się w przeciwną stronę.

W jakiej formie?

Do Berlina przywiodłem ze sobą radykalizm w wiedeńskim wydaniu, z naciskiem na seksualność, zainteresowaniem perwersjami i tego typu tematami. W Berlinie nie wywarło to kompletnie żadnego wrażenia.

Skończyłem też z akcjami, przede wszystkim z fizycznych względów. Obrażenia stały się nie do zniesienia i nie chciałem już zajmować się ekstremalnym akcjonizmem. Udokumentowałem to wszystko w mojej książce „Irrwisch”, zawierającej również rysunki o charakterze mocno politycznym. Jednakże widoczny w niej jest już przełom, który prowadził do ucieczki w pewnego rodzaju romantyzm.

Z pewnością była to reakcja na wydarzenia polityczne. W tamtym czasie przede wszystkim sztuka berlińska była czysto polityczną wypowiedzią. Nie chciałem wyrażać się za pomocą tej formy. Jednak gdyby zaproponowano mi wówczas prowadzenie kolumny w gazecie, wyraziłbym w niej odpowiednio moje zdanie, tak jak w DATUM.

Po „świństwie na uniwersytecie“ i publicznych akcjach uchodził Pan w Austrii za persona non grata. Został Pan skazany i wsadzony za kratki. 40, 50 lat później jest Pan cieszącym się popularnością austriackim artystą, o którego względy się zabiega. Czy jest to późne zadośćuczynienie?

Nie. W moim odczuciu nie jest to zadośćuczynienie, wszystko wydarzyło się tylko na skutek presji zza granicy. W Europie miałem już wiele retrospektyw, w Szwajcarii w Bernie, w Amsterdamie, apogeum była wystawa w Centre Georges Pompidou w Paryżu. Kiedyś musiało to zostać dostrzeżone w Austrii. Tutejszym politykom i osobom przyznającym nagrody nie przypadło to nigdy do gustu. Bez zagranicy dawno by mnie tu już zapomniano. Byłoby trochę zamętu, a potem nic więcej.

Czyli to, co osiągnął Pan za granicą, nie byłoby nigdy możliwe w Austrii?

Nie. W 1972 roku zaproszono mnie na przykład do wzięcia udziału w wystawie Documenta5. Austriaccy dożowie kultury nie zdołali wysłać mnie na Biennale6. To tylko przykład. Nie sądzę, by jakiś inny trochę renomowany artysta w Austrii nie mógł wystawiać na Biennale.

Boli to Pana?

Tak, boli, ale nie do tego stopnia, żebym teraz powiedział: „Wyślijcie wreszcie Brusa na Biennale“. Nie wziąłbym już też w nich udziału. W 1973 albo 1974 powinni byli pokazać Akcjonizm Wiedeński, wtedy stałby się sensacją. Dzisiaj uznanie spływa inaczej, poprzez liczne dokumentacje, o których poważnie dyskutuje się obecnie w Nowym Jorku. MoMa jest zainteresowane zaprezentowaniem mnie, już zakupiono prace. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Wracając do tematu Austria: pod koniec lat 60-tych wypędzono Pana, chciano nawet odebrać Panu dziecko. Dzisiaj zostaje Pan uhonorowany własnym „Bruseum” w Grazu. Czy to objęcie nie jest dla Pana czasami nieprzyjemne?

Bruseum jest świetną sprawą, która się jednak długo ciągnęła. Tak, traktowano nas wrogo i doświadczyliśmy przykrych rzeczy, moglibyśmy napisać o tym książki. Względem Wiednia odczuwamy nadal Hassliebe7. To piękne miasto, jesteśmy tam chętnie, ale cieszymy się również opuszczając je.

Śledzi Pan debatę dotyczącą praw autorskich?

Zdecydowanie popieram zaostrzone prawo autorskie. Artystów należy wspierać w ochronie własnych praw. Potrzeba jasnych wytycznych i zasad. To, czego częściowo domaga się Partia Piratów jest dla mnie zbyt chaotyczne, nikt już nie wie, o co chodzi. Odrzucam to.

Czy prawo autorskie nadal funkcjonuje?

Wcześniej, w latach 50-tych wszczynano procesy za obrazy podpatrzone u kogoś innego. Dzisiaj nie można już tak postępować, bo i tak większość dzieł to właściwie plagiaty z założenia. To, co kiedyś szkicowano na kartce papieru, zostaje teraz rozdmuchane. Jakość mierzy się ilością. Przypomnę rok 1965, Muehl i ja planowaliśmy zorganizować wystawę o rolnictwie. Chcieliśmy galerię z prawdziwym trawnikiem sprowadzonym z Burgerlandu. Mieliśmy go rozłożyć i wystawić po prostu maszyny rolne, a nie nasze prace. Trudno sobie wyobrazić jak bardzo nas wyśmiano, gdy przedstawiliśmy tę propozycję. Istnieje niezliczona ilość przykładów realizowanych obecnie pomysłów, które wcześniej spełzły na niczym z powodu niezrozumienia.

Odnosi się Pan do artysty Pierra Huyghe, który na tegoroczną wystawę Documenta stworzył po prostu ogród – z tym pomysłem pospieszył się Pan o 45 lat.

Można tak powiedzieć.

1 Szokująca akcja na zorganizowana na uniwersytecie, o której więcej możecie przeczytać w pracy Geralda Rauniga „Sztuka i rewolucja” 1968r. dostępnej na stronie ipcp.net/dlfiles/raunig-ar7-pl

2Organizacja założona 1 stycznia 1967 r. w Berlinie Zachodnim, inspirowana ruchem hipisowskim,

3Rote Armee Fraktion – skrajnie lewicowa grupa terrorystyczna założona w latach 70. w Niemczech Zachodnich; jej działania doprowadziły w 1977 roku do kryzysu państwowego, a w wyniku zorganizowanych przez nią zamachów zginęły 34 osoby.

4Amerykańskie centrum kultury i informacji w Berlinie Zachodnim, działające do 2006 roku; w latach 60-tych obiekt ataków przeciwników działań Stanów Zjednoczonych (przede wszystkim wojny w Wietnamie)

5 Wystawa sztuki współczesnej organizowana co pięć lat w niemieckim mieście Kassel i trwająca 100 dni.

6 (z wł. Dwuletni) – międzynarodowa impreza artystyczna; najstarsze biennale odbywają się w Wenecji.

7 Odczucie miłości zmieszanej z nienawiścią

 

Wywiad przeprowadzony przez Stefana Kaltenbrunnera i Thomasa Treschera, opublikowany na łamach gazety DATUM 1.07.2012 roku.

http://www.datum.at/artikel/der-zeit-voraus/   [29.05.2013]

Comments are closed.