header_mayroecker

Friederike Mayröcker: «Właściwie jestem przeciwko śmierci»

Friederike Mayröcker układa wiersze jak w amoku. Przy pisaniu nawet zanosi się płaczem. Rozmowa o szaleństwie w życiu, „tyraniku”, śmierci i zmarłym Ernstcie Jandlu, który nadal tu jest.

Już ponad siedemdziesiąt książek opublikowała urodzona w 1924 roku w Wiedniu poetka Friederike Mayröcker: jej życie jest na wskroś poetycką egzystencją, w której  codzienność, lektura i pisanie odbijają się w formie sztuki delikatnej percepcji. Tak powstało dzieło wykraczające poza wszelkie granice gatunków, równie chwytające za serce jak trudne do pojęcia. Na jesieni ukazał się nowy eksperyment z formą. „Études” – tak nazywa Mayröcker swoje wiesze prozą, przywodzące na myśl francuskiego poetę Francisa Ponge, ale najbardziej samą austriacką twórczynię: tematem jest teraźniejszość i wspomnienie. Friederike Mayröcker opowiada w jej ulubionej wiedeńskiej kawiarni „Tirolerhof”  o życiu i śmierci, przyjemności i ciężarze pisania.

Paul Jandl: Pani Mayröcker, powiedziała Pani niegdyś, że chce dożyć 130 lat.

Friederike Mayröcker: To mi się nie uda. A nawet jeśli, zapewne byłabym wtedy bardzo schorowana. Niektórzy starają się pozostać w formie, ja ku temu nic nie robię.

P.J.: Pani pisze. „Żyję piszę” – ta fraza pada w Pani tekście. Bez przecinka. Jednym tchem. Pani nowa książka „Études” ukaże się na jesieni.

F.M.: Pod koniec 2011 roku pomyślałam sobie, że byłoby pięknie, gdybym mogła napisać Proematy, tak zrobił to francuski pisarz Francis Ponge. To rzecz pośrednia między wierszem i prozą. Zaczęłam je pisać i nie chciałam już przestać. Jestem do nich tak przywiązana, że niemal opóźniło się wydanie książki z proematami. Zawsze miały długość strony. Każdego dnia pisałam jedną. Ponge wywarł na mnie ogromny wpływ swoimi wierszami prozą, bardzo go kocham.

J.P.: Francis Ponge jest poetą rzeczy. Czy u Pani też o nie chodzi?

F.M.: Przeczytałam tego poetę po raz pierwszy przed dwudziestoma laty. Towarzyszy mi już od dawna. Odkładam go i znów wraca. Moje teksty zawierają analogiczne treści i formy, ale są całkowicie szaloną sprawą. Powinno ukazywać się w nich szaleństwo, na tym zależy mi szczególnie. Tak było już w utworze „Brütt” i moich ostatnich książkach. Chodzi o szaleństwo języka, aż szkoda mi czytelnika. Ale na punkcie tego szaleństwa mam już taką obsesję, że może pozostanę przy nim przez następne lata.

P.J.: Jednym ze źródeł szaleństwa jest sama literatura. Pani książki również żyją w języku i z językiem innych tekstów i autorów.

F.M.: Książka nosi tytuł „Études”, mam skłonność do wstawiania raz po raz francuskich słów, które się też powtarzają, przykładowo słowo „fleurs”. Oczywiście ogromy wpływ miał na to Jean Genet, kąpiący się nieomal w kwiatach, jak również Jacques Derrida. Towarzyszy mi od dziesięciu lat, właśnie czytam po raz trzeci „Szkło”. Czytam go jako poetę. Ma mnie jak na sznurku, jego „Szkło”, „Pocztówka”…

P.J.: Pracując nad książką słucha Pani tygodniami tej samej muzyki. Czy jest jeden utwór związany z „Études”?

F.M.: Przez pewien czas był to wyłącznie John Dowland, potem Bach, ostatnio Händel, długi utwór, zapomniałam jego tytuł. Podgłaśniam go bardzo mocno. Tak bardzo, że moje uszy ledwo mogą to znieść. Wprawia mnie to w prawdziwy szał. Głośność jest bardzo ważna. Nie mam sąsiadów, którym mogłabym przeszkadzać.

J.P.: Czy coraz trudniej przenieść się w ten stan rauszu?

F.M.: Nie zawsze przychodzi. Nie piję, nie palę, nie biorę narkotyków, ale muzyka działa.

J.P.: Czy musi Pani czekać na pomysł?

F.M.: Czekanie jest czymś ważnym w pisaniu. Nie każdego dnia się udaje, ale obecnie tkwię w tym tak głęboko, że codziennie zaczynam pisać w łóżku o piątej, wpół do szóstej. Mam duże zeszyty do robienia szkiców, w którym mogę porządnie smarować. Dopiero potem przepisuję to na czysto. Czasami są to też bazgroły, spośród których wyłania się nagle palec wskazujący. Ale gdy dochodzi jedenasta, wtedy już się nie zjawia, ten Duch Święty Pisania. Wieczorami albo nocami nie mogę pisać. Podziwiam innych pisarzy, którzy to potrafią. O tej porze tyle świata wpadło do wnętrza człowieka, nie można stworzyć już nic nieskazitelnego.

F.M.: A kiedy pojawia się stan nieskazitelności?

F.M.: Między piątą i szóstą rano jest się jeszcze czystym, albo raczej powinno się powiedzieć niekażonym światem. Pozostaje się jeszcze pod wpływem snu. Śnię dość dużo, nic specjalnego, ale to ma na mnie duży wpływ. Wieczorem czuję się brudna. Tyle rzeczy się we mnie wdarło. Gadanie o mnie sprawia, że czuję się szczególnie zbrudzona, nie cierpię tego. Chociaż właściwie jestem łagodnym człowiekiem, wysłuchuję wszystkiego, ale szybko pojawia się myśl: proszę, dość.

P.J.: Pani książki traktują właśnie o wystawianiu się na świat.

F.M.: Trzeba być samotnym, by móc w ogóle pisać. Izoluję się od świata, gdy ten wydaje mi się zbyt idiotyczny, ale pozostaję też całkowicie otwarta. Jestem wzrokowcem. Gdy czytam to, co już napisałam, przychodzą mi na myśl rzeczy, które widziałam. Że to było tam i tam, z tym i tym człowiekiem. A potem zostało przeobrażone w pisaniu, wszystko zostaje przemienione.

P.J.: Pisze Pani raz o „euforycznym oku”. W Pani książkach stale zdarza się, że ktoś stoi przy oknie.

F.M.: Przede wszystkim stanie przy oknie i wyglądanie przez nie, długo już tak robię. Mam piękny widok z piątego piętra i spoglądam na łańcuch wzgórz Lasu Wiedeńskiego, to mnie fascynuje. Można obserwować, jak zmienia się pogoda, już rano da się zobaczyć, czy będzie padało. Bardzo lubię deszcz, niestety w Wiedniu pada zbyt rzadko. W każdym razie nie spoglądam stamtąd na ulicę. Wcześniej, mieszkając na czwartym piętrze, spoglądałam na całą tę wrzawę na dole. U mnie jest tak również przy pisaniu: na miłość boską, tylko nie żadne historie, po prostu patrzenie. Obserwowanie rzeczy, ludzi, życia.

P.J.: Ma pani w życiu ważne punkty stałe.

F.M.: Mam jedną zaufaną osobę, która zna się na literaturze i jest dla mnie ogromnym wsparciem od śmierci Ernsta Jandla. Spacerujemy razem. Jeździmy razem na Cobenzl, ale najczęściej zostajemy w mieście i chodzimy od kawiarni do kawiarni, i do „Café Tirolerhof” i do „Café Sperl”. W kawiarni wiem, co mnie oczekuje, jest dla mnie ojczyzną.

P.J.: Nie jest Pani jednak pisarką kawiarnianą.

F.M.: Nie, nie jestem. Nigdy nie pisałam w kawiarniach, nie potrafię. Poza tym ryczę przy pisaniu.

P.J.: Z sentymentalnych powodów?

F.M.: Dlatego, że jestem tak poruszona. Mam bardzo wysokie ciśnienie, które w czasie pisania jeszcze się podnosi.

P.J.: To prawie jak moment świętego natchnienia?

F.M.: Podziwiam pisarzy, którzy tworzą według planu. U mnie jest to cielesne wzruszenie. Może być wręcz niebezpieczne.

P.J.: Mogłaby Pani umrzeć przy pisaniu?

F.M.: Oczywiście, to może się zdarzyć, ale nie chcę teraz o tym myśleć.

P.J.: Czy byłaby to piękna śmierć dla pisarza?

F.M.: Nie, nie wiem. Właściwie jestem przeciwko śmierci. A już w całkowicie przeciwko nagłej śmierci. W końcu chce się trochę na nią przygotować, jeśli już musi przyjść.

P.J.: Pani książki są próbą zaklęcia śmierci lub jej umniejszenia, zostaje w nich określona jako „tyranik”.

F.M.: Śmierć jest prawdziwym tyranem. Nie chce się odchodzić, ale jest się zmuszonym, bo ona tego żąda. Nie zrobiło się wszystkiego, co jeszcze miało się w zamierzeniu. Ja wiele nie pragnę. Nie mogę sobie wyobrazić, że kiedyś przed śmiercią powiem: teraz już starczy pisania.

P.J.: Po śmierci Ernsta Jandla napisała Pani wiele książek, które stanowiły pożegnanie z tym „towarzyszem dłoni i serca”. Czy dialog z nim nadal trwa?

F.M.: Nie można już tego nazwać dialogiem, ale on na pewno jeszcze tutaj jest. Pojawia się u mnie momentami strach, że go zapomnę. To już niemal trzynaście lat. Ból nie jest już tak ogromny. Taka to już kolej rzeczy.

P.J.: W waszym związku istniał rytuał poddawania dzieł jednego krytyce drugiej osoby.

F.M.: Zajmowałam się raczej prozą, on wyłącznie wierszami. Przychodziłam do niego każdego wieczora i rozmawialiśmy o jego wierszach, to mi odpowiadało. Chciał, żebym była całkowicie szczera. Ale one zawsze były dobre. Nie wierzył mi i sądził, że chcę go pocieszyć. Ernst Jandl był poetą, który spadł z niebios. Zaczął od razu od swoich najlepszych wierszy.

P.J.: Ernst Jandl potrafił być okrutny w swoich sądach.

F.M.: Tak, ale to okrucieństwo zawierało w sobie również potworną charyzmę. Bardzo je lubiłam. Zarówno w pisaniu jak i w życiu niesamowicie kochał prawdę. Ernst Jandl potrafił powiedzieć ludziom w twarz najstraszniejsze rzeczy. Byli przy tym całkowicie przerażeni, ale on nie mógł inaczej.

P.J.: Pani literackie początki w latach 50-tych przeszły prawie bez echa.

F.M.: Bardzo dobrze rozumiałam się z  Andreasem Okopenko i H. C. Artmannem. Moim najdzikszym czasem było nasze czyste eksperymentowanie. Jandla, Okopienki i mnie nikt nie publikował. Przez dziesięć lat pisaliśmy do szuflady. Ale odnośnie dzikości mam wrażenie, że jestem teraz jeszcze bardziej niepohamowana niż wtedy. Teraz wiem, że muszę przebić głową ścianę.

P.J.: „Chcę zostać numerem 1 wśród nieposkromionych klasyków” – można przeczytać w Pani tekście. To się chyba udało. Nieposkromienie jest również pewnego rodzaju ekstazą.

F.M.: Tak, ekstaza pisania. Czuję, że już nie mogłabym nic zrobić z moim codziennym Ja. W pisaniu łączą się dla mnie pierwiastek religijny i literatura.

P.J.: Religijność w tradycyjnym sensie jest Pani odległa?

F.M.: Dokonuję tutaj małego rozróżnienia. Wierzę w Ducha Świętego, ale nie jestem w żadnym calu porządną katoliczką. Nocami wpadam w rozpacz myśląc o tym, co mogłoby mi się przydarzyć. Wtedy ważna jest modlitwa.

P.J.: Anioł stróż istnieje?

F.M.: Taki anioł, który osłania i do którego zawsze można uciec. Szczególnie w nocy.

Oryginał teksu autorstwa Paula Jandla dostępny na stronie:

http://www.welt.de/kultur/literarischewelt/article117143960/Ich-bin-ja-eigentlich-gegen-den-Tod.html

 

Comments are closed.