header_ejelinek

Elfriede Jelinek w rozmowie z André Müllerem: “Jestem głupia jak but”

Poniżej przedstawiam wywiad z austriacką noblistką Elfriede Jelinek tuż po otrzymaniu tej prestiżowej nagrody. Tekst wyjątkowy nie tylko ze względu na rozmówczynię, ale również na autora André Müllera. Ten zmarły już dziennikarz udowadniał w swoich wywiadach z wielkimi postaciami literatury i kultury, iż prowadzenie rozmowy jest sztuką, której przysporzył kilku arcydzieł. Wybrałam ten wywiad, ponieważ zawiera się w nim w skondensowanej formie wiele infromacji o tej pisarce ważnych również dla zrozumienia jej utworów. I co najważniejsze, pochodzą one od samej autorki.

André Müller: Zaraz po informacji o przyznaniu nagrody Nobla oznajmiła Pani, że na nią nie zasługuje. Jednak gdy inni mówią to samo, czuje się Pani urażona.

Elfriede Jelinek: Byłam całkowicie pewna, że tym razem padnie na Petera Handke, żyjącego klasyka.

A.M.: Tak, ale innym nie wolno powiedzieć nic przeciwko Pani.

E.J.: Nie! To jest tak, jakby był Pan niepełnosprawny i siedział na wózku inwalidzkim. Wtedy nikt nie ma prawa nazwać Pana kaleką, ale Pan sam może to zrobić. Ja mogę tak powiedzieć. Inni nie!

A.M.: Watykan oburzył się, iż taka tak zwana nihilistyczna neurotyczka otrzymała nagrodę Nobla.

E.J.: Uważam, że to szczególnie okropne, ponieważ Watykan właściwie powinien stać po stronie słabych i chorych; powinien raczej ogłosić: zostawcie tę biedną kobietę w spokoju, ona nie może inaczej, wspaniale, że dostała tę nagrodę, nawet jeśli to co pisze jest nihilistyczne. Watykan musi przecież chronić ludzi trudnych i obciążonych.

A.M.: Z miłosierdzia…

E.J.: Tak, sądzę, że to kompletnie nie po chrześcijańsku ze strony Watykanu.

A.M.: Marcel Reich-Ranicki napisał, że jest Pani świetną kobietą, ale nie udała się Pani żadna dobra książka [tłumaczenie tekstu M. Reicha-Ranickiego dostępne na mojej stronie-A.K.].

E.J.: To największe upokorzenie powiedzieć: ona jest imponującą, zaangażowaną kobietą, no ale pisać nie umie. To jest pogarda. Ciężko mi z tym żyć, ponieważ sama wystarczająco sobą gardzę.

A.M.: Prawo do umniejszania siebie przysługuje wyłącznie do Pani.

E.J.: Tak, dokładnie. Nie chcę, żeby robił to ktoś inny. Nie chcę, by tort, którym sama się obrzucam, został podniesiony i pełen brudu po raz drugi wylądował na mojej twarzy, choć oczywiście wiem, że to bezczelność. Każdy może mówić i pisać o mnie to, co chce.

A.M.: Pisarz Martin Mosebach nazwał Panią “najgłupszym człowiekiem zachodniej hemisfery”.

E.J.: Rozbawiło mnie to, ponieważ niebacznie powiedział szczerą prawdę. Rzeczywiście jestem głupia. Tylko że on nie może tego wiedzieć, ponieważ mnie nie zna. Błaźni i dzieci mówią prawdę.

A.M.: Jeśli ktoś nazywa Panią mądrą…

E.J.: …to nie wierzę. Wiem, że nie jestem bystra. Przykładowo nie może Pan ze mną podyskutować, ponieważ nie jestem wystarczająco inteligentna, żeby doprowadzić myśl do końca. Niedawno zaproszono mnie do telewizji na filozoficzną debatę. Odpowiedziałam, że bardzo mi przykro, ale jestem głupia jak but i nie mogę wziąć udziału.

A.M.: Mówi to Pani ze śmiechem.

E.J.: Tak, ale mój śmiech jest tak naprawdę skomleniem. Zwierzęta szczerzą zęby, bo proszą o łaskę.

A.M.: Tej Pani odmówiono. Im bardziej się Pani poniża, tym gwałtowniejsze stają się ataki.

E.J.: Tak, czy mógłby mi Pan to może wytłumaczyć?

A.M.: Możliwe, że niektórzy nie mogą znieść tego, że osiągnęła Pani wszystko, co można osiągnąć i mimo to nie cieszy się.

E.J.: Powiedzieli mi to również inni.

A.M.: Franz Josef Wagner, autor kolumny w gazecie “Bild” napisał: Niech Pani weźmie te pieniądze, wyda je na terapeutów i będzie w końcu szczęśliwa”.

E.J.: Miliona euro nie wydam z pewnością na terapeutów. Już chętniej kupię sobie japońskie kimono.

A.M.: W innych gazetach wymieniano kandydatów, którym powinna byłą zostać przyznana nagroda Nobla: Doris Lessing, Joyce Carol Oates, Philip Roth…

E.J.: Zgadza się, ale nic na to nie poradzę, że ja ją dostałam. Sama jej sobie nie przyznałam.

A.M.: Poetka Friederike Mayröcker na pytanie, czy chciałaby Pani pogratulować, odpowiedziała: “Tak bezinteresowna nie jestem”.

E.J.: Dziwi mnie to. Cieszyłabym się z całego serca, gdyby nagroda została jej przyznana, bo pomyślałabym: dzięki Bogu, nie ja ją dostaję. Od kilku lat wiedziałam, że jestem na liście i codziennie modliłam się o zdrowie dla Handkego. Prosiłam, żeby nie umarł, nie zachorował albo nie wygadywał jakiś głupstw o Serbii.

A.M.: Naprawdę tak strasznie jest zostać odznaczonym najważniejszą nagrodą literacką?

E.J.: Z jednej strony czuję się oczywiście zaszczycona. Ale cieszy się też szewc, gdy jego praca zostanie obdarzona uznaniem. Z drugiej strony jest to dla mnie tortura, ponieważ chcę świętego spokoju. Obecnie prawie nie wychodzę z domu. Jestem zdana na publiczne środki transportu, bo nie mam samochodu. Teraz nie mogę już jeździć metrem, nie mogę już znieść bycia zagadywaną. Zainteresowanie moją osobą, również pozytywne, odczuwam jak fizyczne zranienie. Do kawiarni też nie mogę już wybrać.

A.M.: Jeśli chce Pani świętego spokoju, to nie powinna Pani dawać wywiadów lub pokazywać się w telewizji.

E.J.: Zgadza się. Za mało się broniłam. Zbyt często przyklaskiwałam innym z odruchu posłuszeństwa, który wyrobiła we mnie moja skrajnie autorytarna matka. Z Panem też w końcu rozmawiam.

A.M.: Pani matka zmarła przed czterema laty.

E.J.: Tak, każdego dnia cieszę się, że nie żyje. Miała 97 lat i na koniec całkiem zwariowała. Jej ukryta paranoja ujawniła się z całą siłą. Myślała, że mój mąż kradnie jej biżuterię. Nie mógł przestąpić progu domu. To była chorobliwa zazdrość. Już w moim dzieciństwie usuwała z otoczenia każdą osobę, którą lubiłam.

A.M.: W powieści pt. “Pianistka” opisuje Pani neurotyczną relację z matką. Mieszkałyście w tym samym domu. Pisanie było ucieczką.

E.J.: Pisanie było deską ratunkową, ale nie wyzwoliło mnie. Od wczesnego dzieciństwa byłam jak zwierzę, maniakalnie związana z tą kobietą, która miała nade mną absolutną władzę. Od jej śmierci zmieniło się niejedno, ale nigdy całkowicie nie wyzdrowiałam. Strach staje się coraz większy, zamiast znikać.

A.M.: Jaki strach?

E.J.: Szczególna forma agorafobii, która ujawnia się, gdy ktoś przygląda mi się w tłumie. Jako dziewczynka nie wychodziłam przez rok z domu. Już jako dziecko byłam pacjentką, ponieważ biegałam w tę i z powrotem po pokoju i uderzałam głową w ścianę jak szalona. Mój ówczesny psychiatra powiedział, że chciałam pozbyć się w ten sposób presji, którą na mnie wywierano.

A.M.: Wyleczyła się Pani z tego?

E.J.: Czasami jeszcze tak robię, ale bez tej ekstremalności. Już nie walę sobą o ściany. To tak, jakby coś we mnie szalało, wściekłość, która obecnie popycha mnie do pisania. Jest ono w moim przypadku aktem pasji, aktem szału. Nie jestem jak Tomasz Mann, który szlifuje każde zdanie, ja się raczej miotam słowami. To trwa dwie, trzy godziny, potem zapadam się w siebie jak suflet przekłuty igłą.

A.M.: Może Pani spać bez środków nasennych?

E.J.: Nie, Boże święty, bez valium nic nie mogę. Moje podstawowe wyposażenie to valium, beta-blocker i antydepresanty. Sztukę teatralną “Bambiland” napisałam za jednym zamachem na narkotykowym haju.

A.M.: Pisanie nie daje też Pani zadowolenia.

E.J.: Nie, nie daje mi radości. Czasami tylko pisząc popadam w stan, w który nie jestem całkowicie przytomna. To rodzaj transu, jak w czasie orgazmu. Ale również w tym przypadku wiem, jak powstaje. W końcu wszystko jest formą pracy, nawet miłość.

A.M.: Miłość?

E.J.: Tak, również miłość, tak jak ją opisuję. To, co inni przedstawiają jako głębokie, silne uczucia, ma u mnie coś z mechanizmu – jak tryby, które się zazębiają. Wyciągam to coś na powierzchnię.

A.M.: Przypomina sobie Pani jej pierwszy związek miłosny?

E.J.: Tak, oczywiście. Nie jestem jeszcze tak stara, żebym nie mogła sobie tego przypomnieć. Ale nie chcę o tym rozmawiać.

A.M.: To, co piękne, zachowuje Pani dla siebie.

E.J.: Dokładnie tak. Moja kreatywność wywodzi się z tego, co negatywne. Nie mogę opisać nic pozytywnego. Ale oczywiście w moim życiu były również wielkie namiętności.

A.M.: Momenty szczęścia?

E. J.: Oczywiście! Nie jestem żadnym potworem tylko serdecznym i zdolnym do miłości człowiekiem, ale to nie jest mój temat. Ja piszę o tym, co niszczy, ale jestem w stanie to robić, ponieważ znam też inną stronę. Ludzie paplają o romantycznych przeżyciach przy zachodzie słońca na Majorce. A kto odwala brudną robotę? Ja muszę się tym zająć. Wyrzucam z siebie uczuciowy brud, to jest moje zadanie. W literaturze jestem kobietą gruzów, kobietą ze kubłem, śmieciarką miłosnych odpadów.

A.M.: Innym motywem Pani twórczości, jak sama Pani powiedziała w poprzednim wywiadzie, jest zemsta. W powieści “Dzieci umarłych” muszą umrzeć wszyscy, którzy potrafili cieszyć się życiem.

E.J.: Wszyscy ci, którzy potrafią żyć, tak, a jeśli są już martwi, zabijam ich po raz drugi, dwa razy nie zawadzi.

A.M.: Przy biurku jest Pani morderczynią.

E.J.: Dokładnie tak, w normalnym życiu już tak nie można. Przy biurku wiodę wojnę z ludźmi, którzy umościli się wygodnie w normalności i potrafią cieszyć się życiem, czego im zazdroszczę. W zasadzie jestem całkowicie totalitarna. Uważam, że po tym, jak gnieździli się tutaj naziści, nikt nie ma prawa żyć spokojnie i szczęśliwie.

A.M.: Pani ojciec był Żydem.

E.J.: Tak, z trudem przeżył czasy nazistowskie, chroniło go małżeństwo z moją matką. Nie była ona czystej aryjskiej krwi, ponieważ miała dziadka Żyda, ale mogła zdobyć sfałszowane zaświadczenie o aryjskim pochodzeniu. Gdy próbowano ją zmusić do rozwodu, odrzuciła tę możliwość. To było bohaterskie.

A.M.: Uratowała Pani ojca.

E.J.: Tak, ale 49 krewnych ze strony ojca zginęło w czasach nazizmu. Policzyła ich jedna z moich kuzynek. Jeszcze dzisiaj widzę stosy ciał znalezionych podczas wkroczenia aliantów do obozów koncentracyjnych. Po wojnie, gdy byłam jeszcze dzieckiem, mój ojciec chodził ze mną na filmy dokumentujące te zdarzenia. Puszczano je w kinach, ale oczywiście nie były odpowiednie dla dziecka. Byłam sparaliżowana z strachu.

A.M.: Przerażenie przemieniło się w nienawiść.

E.J.: Tak.

A.M.: Jeśli się wyczerpie…

E.J.: Wtedy będę musiała nienawidzić samą siebie. Na to nie ma rady. Nienawiść jest moim napędem. Nie musieć nienawidzić byłoby dla mnie wytchnieniem. Ale widocznie nie jest mi ono pisane.

A.M.: Myślała Pani kiedyś konkretnie o odebraniu sobie życia?

E.J.: Nie, to dziwne, byłaby to właściwie logiczna konsekwencja mojej autopogardy. Ale człowieka czepia się tej pozostałej odrobiny życia jak chory na raka w finalnym stadium choroby, który chwyta każdy dzień i nie chce umrzeć.

A.M.: Jak wyobraża Pani sobie swoją starość?

E.J.: Okropnie! Panicznie boję się starości, odkąd doświadczyłam tego procesu rozkładu u mojej matki. Mam nadzieję, że uda mi się wcześniej odebrać sobie życie. Trzeba znać lekarza, który pomógłby mi w tym, bo mogę to zrobić tylko zażywając tabletki, w łagodny sposób. Nie zdołałabym się powiesić. Tabletki trzeba wymieszać z musem jabłkowym, żeby ich nie zwymiotować.

A.M.: Oh!

E.J.: Tak, a przed tym jeszcze połknąć valium.

A.M.: Pani jest straszna. Nie mogę przeprowadzić profesjonalnego wywiadu.

E.J.: Rozbrajam Pana…

A.M.: Tak.

E.J.: …ponieważ widzi Pan, że naprawdę jestem bezradna.

A.M.: Tak, a ja nie mogę Pani pomóc.

E.J.: Nikt nie może. Ale z Panem chętnie rozmawiam. Tylko że jestem obecnie tak wyczerpana. Widzi Pan jak opada z sił ktoś, kto zbyt długo nie miał kontaktu z ludzkim towarzystwem.

A.M.: Też jestem wyczerpany.

E.J.: No dobrze. Skoro Pan też traci siły, to w porządku.

A.M.: Czy istnieje jeszcze jakiś życzenie, które chętnie by Pani spełniła?

E.J.: Tak, podróże. Przykładowo strasznie chciałabym móc polecieć do Nowego Jorku. Zanim umrę chcę raz zobaczyć drapacze chmur. Ale nie mogę przez moją chorobę. Jeśli wysiądę z samolotu i doświadczę tej prędkości, hałasu i całkowicie innego rytmu, który tam panuje, padnę trupem na miejscu.

A.M.: Wzrusza mnie Pani.

E.J.: Też uważam, że jestem wzruszająca w mojej skromności. Nie mam wielkich wymagań względem życia. Czuję się szczęśliwa, gdy mogę obejrzeć sobie w telewizji stary film. Jestem od niej zależna, bo nie jestem w stanie chodzić do kina.

A.M.: Nawet tego Pani nie może?

E.J.: Nie, ponieważ zamyka się tam drzwi, robi się ciemno i wtedy czuję się jak w zamknięciu, chociaż wiem, że w każdym momencie mogę uciec.

A.M.: Krytyczka literacka Iris Radisch niedawno utyskiwała na łamach gazety “Die Zeit”, że pani wizja świata opiera się na telewizji.

E.J.: Pani Radisch mnie nie zna, ani ja jej. Ale jej wizja świata wywodzi się również z telewizji, tylko że ona o tym nie wie i to jest różnica. Gdy przed kamerą zakłada swą piękną nogę na nogę, robi to dlatego, że widziała to w jakimś filmie. Nie ma nic autentycznego. To, co obecnie uważamy za rzeczywistość to telewizyjne realia. O tym właśnie piszę.

A.M.: Iris Radisch chce czytać o “ulotnym i wymownym świecie” przed Pani drzwiami.

E.J.: Tak, ponieważ nie pojmuje, że życia można doświadczyć również zostając w domu. Niedobrze mi się robi, gdy mówi się, że w mojej literaturze nie ma świata, brakuje w niej treści i postaci. Literatura poszła o wiele dalej, przynajmniej od czasów Joyce’a czy Becketta. Nie mam nic przeciwko temu, gdy ktoś opowiada historie. Sama czytam chętnie kryminały. Ale można też inaczej. Dzisiaj znów oczekuje się realistycznych, lekkich opowiadań. Ktoś, kto jak ja pracuje nad językiem i bada prywatne sprawy jak lekarz symptomy albo pantofelek rzeczywistość, by w zabawny sposób demaskować socjalne stereotypy, nie ma prawa bycia, zostanie zniszczony.

A.M.: Ponieważ nie rozumie się tego humoru.

E.J.: Rozumie się go za granicą. Moją tragedią życiową jest fakt, iż w Niemczech wymordowano Żydów i nie ma już tej żydowskiej przestrzeni, tego żartu, który odziedziczyłam po moim ojcu. Moje ironiczne wypowiedzi odbiera się tu śmiertelnie poważnie. Niemcy nie czują ironii, również Pani Radisch.

A.M.: Szwedzka Akademia uzasadniła przyznanie Pani Nagrody Nobla między innymi tym, że uważa Panią za “nieustraszoną krytyczką społeczną”, opisującą “niemoc życiowego spełnienia kobiety w świecie, w którym zostaje stłamszona przez stereotypowe wyobrażenia”.

E.F.: Tak, męskie wyobrażenia.

A.M.: Obraz kobiety, jak Pani twierdzi, zostaje nakreślony przez mężczyzn.

E.J.: Tak, my kobiety musimy przejść przez probierz męskiej oceny; te, które chcą podołać zadaniu, dokonają tego nie dzięki różnorodnym osiągnięciom, ale rzucając siebie na targowisko ciał. Wcześniej dość często opowiadałam to jako kawał: obojętne czy jest się laureatką nagrody Nobla czy 16-letnią uczennicą, mężczyźni albo za tobą gwiżdżą albo krzyczą “grube prosię”. Teraz sama zostałam laureatką nagrody Nobla, ale to nie podwyższa mojej wartości w oczach mężczyzn, wręcz przeciwnie. Przez to stałam się dla nich jeszcze bardziej potworna.

A.M.: Nie dla mnie.

E.J.: Jest Pan wyjątkiem. W trakcie naszego pierwszego wywiadu powiedział Pan coś, nad czym często myślę, mianowicie, że nie tylko kobiecym problemem jest nieumiejętność życia. Niezdolni do niego mogą być też mężczyźni.

A.M.: Kafka, Robert Walser …

E.J.: Tak, teraz przyznaję Panu rację.

A.M.: Możliwe, że trudniej byłoby Pani być nienadającym się do życia mężczyzną, ponieważ nie mogłaby Pani jako feministka identyfikować się z uciskanymi kobietami.

E.J.: Zgadza się. Jako mężczyzna pewnie już dawno popełniłabym samobójstwo. Z drugiej strony, jako mężczyzna mogłabym bardziej napawać się Nagrodą Nobla. Sukces czyni mężczyznę bardziej atrakcyjnym. Jestem feministką nie dlatego, by zwalczać mężczyzn, którzy biją i gwałcą kobiety. Oczywistym jest, że opowiadam się przeciwko temu. Jestem feministką, ponieważ ten uciskający fallistyczny, fallokratyczny system wartości, któremu podporządkowana jest kobieta, rozprzestrzenił się na wszystko. Poddanie lustrującemu męskiemu wyrokowi jest dla mnie bezustanną, narcystyczną zniewagą.

A.M.: Dzisiaj również kobiety lustrują mężczyzn.

E.J.: Dobrze, mogę powiedzieć, ten facet to mięczak, żałosny samczyk jak nasz kanclerz Schüssel albo Jörg Haider, ten też jest mały i nadęty. Ale to się nie liczy. Władza definiowania tego, co piękne, należała zawsze do mężczyzn.

A.M.: Czy to nie uległo zmianie? W reklamie widzi się coraz częściej młodych, dobrze zbudowanych mężczyzn z sześciopakiem na brzuchu, którzy najwyraźniej chcą podobać się kobietom.

E.J.: Nie, to są mężczyźni dla mężczyzn. Ideał męskiego piękna zostaje wyznaczony przez nich samych. W branży modelowej wszyscy są przecież gejami.

A.M.: Ledwo śmiem to powiedzieć, ale uważam, że jest Pani piękną kobietą.

E.J.: Cieszy mnie to oczywiście, ale nie jest zgodne z prawdą. Nie jestem piękna. Mam zbyt duży nos, blisko osadzone oczy. Moja twarz jest raczej pełna charakteru. Nicole Kidman jest piękna. Kobiecy ideał, któremu odpowiada większość gwiazd filmowych, jest możliwie najbliższy dziecięcemu schematowi: duże oczy, mały nosek, pełne usta, kości policzkowe zaokrąglone w kształt serca.

A.M.: Nie wszyscy uważają te same rzeczy za piękne.

E.J.: Tak, Pan ma po prostu dziwny gust.

A.M.: Chociaż nie zgadza się Pani na bycie ocenianą ze względu na jej powierzchowność, jest Pani zawsze umalowana i ubrana w sposób rzucający się w oczy.

E.J.: To są stylizacje, które oczywiście budzą ciekawość. Może powinnam z nimi skończyć. Tylko właściwie dlaczego?

A.M.: Podczas naszej pierwszej rozmowy nie wykluczyła Pani możliwość poddania się liftingowi.

E.J.: Nie wykluczam tego również dzisiaj. Jeszcze nie jest mi potrzebny, ale kiedyś przyjdzie czas na powieki. (Podciąga obiema dłońmi skórę na skroniach, wyglądając przy tym jak Chinka). Tak jest jeszcze ładniej, prawda?

A.M.: Takiej już Pani nie poznaję.

E.J.: Mogę sobie powiesić na szyi tabliczkę z napisem, że to ja.

A.M.: Myślałem, że nie znosi Pani, gdy ktoś się jej przygląda.

E.J.: Racja. W takim razie szkoda pieniędzy. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy byłam trochę młodsza i chciałam jeszcze uczestniczyć w tej grze na targowisku ciał. Teraz już tego nie chcę.

A.M.: Powiedziała Pani wówczas, że chętnie byłaby lesbijką.

E.J.: Tak, to byłoby przyjemne.

A.M.: Z chęcią poszukiwałaby Pani na obszarze seksualności tego, co znajome.

E.J.: Byłoby mi łatwiej, ponieważ w związku lesbijskim wiek i wygląd nie mają tak dużego znaczenia. Lepiej czuję się w towarzystwie kobiet. Mężczyźni sprawiają, że czuję się zagrożona. Boję się ich.

A.M.: Alice Schwarzer reprezentuje pogląd, że kobieta może sama zdecydować się na homoseksualność lub heteroseksualność. Uważa, że to nie jest z góry naddane.

E.F.: Byłoby wspaniale.

A.M.: Proponuje kobiecą homoseksualność jako środek strategiczny, by uniezależnić się od mężczyzn.

E.J.: To dla mnie nowe. To znaczy, że mogłabym od zaraz stać się lesbijką?

A.M.: Tak, jeśli Pani tylko chce.

E.J.: To niemożliwe, wiem, jaką siłę ma pożądanie. Jest mocniejsze od każdej woli. Nie mogę zmusić się do określonego pożądania.

A.M.: Może Pani żyć w ascezie.

E.J.: Tak, oczywiście mogę. Pożądanie i tak słabnie z wiekiem, ale nie u wszystkich. Szkoda mi osób, u których ono nie zanika. Niektóre kobiety rozpalają się mocno z wiekiem, mają trudne życie. Na szczęście ja nie jestem taka. Najchętniej przebywam sama.

A.M.: Mimo to jest Pani od 30 lat w szczęśliwym małżeństwie.

E.J.: Tak, ale to nie jest typowy związek.

A.M.: Pani mieszka w Wiedniu, jej mąż w Monachium. Czasami go Pani odwiedza…

E.J.: Mój mąż groził mi najcięższymi karami, jeśli coś o nim opowiem. Nie chce dostać się na języki opinii publicznej.

A.M.: Cytuję z naszego pierwszego wywiadu: “Jest skrajnym samotnikiem tak jak ja, jest niemalże autystyczny”.

E.J.: Tak, dobrze do siebie pasujemy.

A.M.: Powiedziała Pani, że zawsze unikała możliwości posiadania dzieci, ponieważ nie chciała Pani, żeby niewinne stworzenie musiało pokutować za jej neurozy.

E.J.: Tak, byłam ostrożna. Na szczęście dzisiaj nie jest to już mój temat. Ostatnio byłam na prześwietleniu rentgenowskim i lekarka zapytała mnie, czy jestem w ciąży – pyta się o to przed rentgenem, który mógłby uszkodzić płód. Zaśmiałam się i powiedziałam, że mam to już za sobą. Nie mogę już zostać matką. Zrezygnowałam dobrowolnie z tej jednej rzeczy, w której kobiety przewyższają mężczyzn, chociaż tęsknię za uporządkowanym, mieszczańskim życiem z rodziną. Chcę być taka jak inni, ale nie jestem.

A.M.: Powinna Pani pogodzić się z tym, że jest wyjątkowa.

E.J.: Nie mogę. Odczuwam, że ludzie radzący sobie z życiem są w przytłaczającej większości, do której ja nie należę. Muszę to dodać, proszę, nie czuję z tego powodu żadnej dumy, przysięgam, słowo honoru!

A.M.: Już dobrze!

E.J.: Musi mi Pan uwierzyć.

A.M.: Nie chcę Pani odbierać jej nieszczęścia. “Swego rodzaju upór w rozpaczy”, jak pisze Albert Camus w swoim pamiętniku, “wywołuje w końcu radość”.

E.J.: Nie u mnie.

A.M.: Musi być Pani cierpliwa.

E.J.: Może powinnam znowu poddać się terapii. Mam już kilka za sobą. Gdybym znalazła psychiatrę w okolicy, tak, żebym nie musiała daleko dojeżdżać. Myślę, że użyteczna dla mnie mogłaby być terapia behawioralna. Powinno się mnie wytresować jak psa. W końcu człowiek jest zwierzęciem. Mój psychiatra musiałby mnie ciągać każdego wieczora do pięciu teatrów albo do kina, a gdy sama chciałabym wyjść, wtedy by mnie przytrzymał i powiedział: “Nie, zostaje Pani, siad!”.

A.M.: Nie mówi Pani tego poważnie.

E.J.: Ależ tak! Potrzebuję wychowania, ciężkiej tresury. Może funkcjonowałabym wtedy trochę lepiej, jak maszyna, którą się naprawia. Cieszyłabym się już, gdybym mogła wyjść z domu bez strachu. To byłby dla mnie już postęp.

A.M.: Przez wiele lat była Pani członkiem Komunistycznej Partii Austrii. Zaangażowanie polityczne podtrzymywało Panią na duchu.

E.J.: Tak, ale to już minęło.

A.M.: W 1991 roku wystąpiła Pani z partii.

E.J.: Wstępując do grupy, która reprezentuje tzw. “małych ludzi” chciałam przedsięwziąć coś przeciw temu panoszącemu się i pożerającemu wszystko kapitałowi. Chciałam zdziałać coś politycznie, nie siedząc elegancko za biurkiem, ale tak konkretnie.

A.M.: Poniosła Pani w tym klęskę.

E.J.: Całkowitą! Kapitalizm zwyciężył na całej linii. Moja walka była bezsensowna jak większość rzeczy w życiu.

A.M.: Również pisanie?

E.J.: Tak, pisanie również. Dzisiaj staram się już tylko moim pisaniem przeżyć. Pisząc wyrzucam mnie z własnego wnętrza. Nie chcę poznać samej siebie. Mam życie z drugiej ręki, ale nie skarżę się. Sama jestem winna oddaleniu od życia, jakim jest moja choroba. Nienawiść względem siebie pojawia się każdego dnia. Wiem, że pisaniem niczego nie zmienię. Ale co na to poradzę? Nie potrafię inaczej. Pisanie jest moim błogosławieństwem, ponieważ nie muszę wychodzić z domu. Gdybym nie była pisarką, utrzymywałabym się z renty socjalnej.

 

Rozmowa została opublikowana w zborze wywiadów André Müllera pt. “Sie sind ja wirklich eine verdammte Krähe!” Letzte Gespräche und Begegnungen. Tłumaczenie wykonałam za uprzejmą zgodą wydawnictwa LangenMüller Herbig. Więcej informacji o autorze jak również inne wywiady w oryginalnej wersji językowej dostępne na stronie:

http://www.a-e-m-gmbh.com/andremuller/

Comments are closed.