Daniel Kehlmann

Daniel Kehlmann: „Najchętniej rzuciłbym książkę w kąt”

Pisarz Daniel Kehlmann o fenomenalnym sukcesie swojego bestsellera „Rachuba Świata”, byciu gwiazdą mediów, zagorzałych fankach literatury i o tym, jak został zwymyślany przez piosenkarza Rolanda Kaisera.

Wolfgang Paterno: Zdaje się, że jest Pan w posiadaniu najcenniejszego w historii literatury przepisu na sukces. Odkryje Pan tajemnicę i zdradzi, jak napisać bestseller?

Daniel Kehlmann: Nie ma żadnej tajemnicy. Sukces tych rozmiarów pozostanie prawdopodobnie niepowtarzalny, ale moim celem nie jest przebicie tego bestsellera. „Rachuba Świata” musiała trafić w coś, co wisi w powietrzu i jest związane z czasem. Inaczej nie mogę sobie wyjaśnić, jak zdecydowanie literacka książka pełna nawiązań historycznych i literackich, z dialogami pisanymi w mowie zależnej może zajmować przez dwadzieścia tygodni pierwsze miejsce na liście bestsellerów gazety „Spiegel”. Naprawdę nie potrafię tego dobrze przeanalizować. Dla mnie to jak wygrana w lotto. Przyjmuje się ją, cieszy się i nie pyta lepiej o zbyt wiele – już przez sam strach przed przebudzeniem.

Wolfgang Paterno: Do tej pory na samym obszarze niemieckojęzycznym sprzedało się ponad pół miliona egzemplarzy „Rachuby Świata” w twardej oprawie. Jak to możliwe, że książka o wielu ukrytych walorach odniosła tak duży sukces? „Rachuba” jest przykładowo powieścią historyczną, w której tylko jeden raz, już w pierwszym zdaniu zostaje podana data.

Daniel Kehlmann: Wielu czytelników oczywiście przeoczy te ukryte walory. Co mnie jednak szczególnie cieszy: myślenie stacji telewizyjnych i koncernów medialnych dotyczące mas i wskaźników oglądalności tak do końca się nie zgadza. To, co okazuje się trochę bardziej inteligentne i pokazuje trochę wyższy poziom, zostaje w wielu mediach ocenzurowane przez ludzi, którzy sądzą, że szeroka publika i tak tego nie zrozumie. Może nie miliony, ale przecież kilka setek tysięcy osób są zdolne do czytania inteligentnych książek i czasopism, jak również oglądania błyskotliwych programów telewizyjnych. Często rozmawiałem o tym z moim ojcem (zmarłym niedawno reżyserem Michaelem Kehlmannem – przyp. W.P) Uważał, że istnieje duża publika dla rzeczy na wysokim poziomie. Zawsze sobie potem myślałem: No cóż, mam nadzieję, że ma rację, ale to pobożne życzenie. Jak widzę, miał rację.

Wolfgang Paterno: Wielu obserwatorów dziwi się, że to właśnie Pan mógł osiągnąć taki komercyjny sukces.

Daniel Kehlmann: Podzielam to zdziwienie i postrzegam zarazem ten fakt jako pomyślny symptom. Nie doświadczam ze strony niemieckich kolegów po fachu żadnej dużej zazdrości i nieżyczliwości. Wielu cieszy się razem ze mną, że istnieje jeszcze duża ilość odbiorców książek literackich.

Wolfgang Paterno: „Nadzieję stanowią niemieccy autorzy powieści”, zauważono niedawno w gazecie branżowej „Buchreport”. Dla gazety „Handelsblatt” jest Pan potwierdzeniem tej tezy. Czy jest to ciężkie brzemię?

Daniel Kehlmann: Można sobie z tym poradzić tylko wtedy, gdy nie bierze się tego zbyt poważnie. Oczywiście nie jestem żadną nadzieją, ponieważ oznaczałoby to, że również w przyszłości będę ciągle pisał rzeczy sprzedające się tak dobrze, zarówno jeśli chodzi o rynek jak również o licencje zagraniczne. Tak oczywiście nie będzie. Postrzegam „Rachubę” jako książkę, która od teraz będzie subwencjonowała moje całe dzieło.

Wolfgang Paterno: „Rachuba” jest od dziewięciu miesięcy w sprzedaży. Czy w międzyczasie powiedziano już wszystko o tej powieści?

Daniel Kehlmann: Jako autor ukrywa się w powieści bardzo wiele szczegółów: aluzji, odniesień i powiązań. Wiele z nich, przynajmniej jeśli chodzi o opublikowane reakcje, nie zostało jeszcze odkrytych. Może jest to powodem, dla którego żywię tak dużą sympatię dla tej książki. Gra ukrytymi motywami, podejmowaniem melodii i obrazów najlepiej udała mi się w „Rachubie”. Właśnie gdy książkę omawia się jako fenomen, jej recepcja jest bardzo niedokładna. Nie chcę się jednak z tego powodu skarżyć, to leży w istocie rzeczy.

Wolfgang Paterno: W ostatnim czasie mnożą się głosy, które krytycznie stwierdzają, że jakość Pańskiej powieści nie może w żadnym razie odpowiadać za jej sukces. Czuje się Pan tym dotknięty?

Daniel Kehlmann: Istnieje piękna reguła: od pewnego stopnia sukcesu recenzowane są nie książki, ale posiadana reputacja. Dlatego się tym nie martwię. Ogólna popularność jest bardzo piękna i sprawia dużą radość, nie trwa jednak nigdy długo. Niech Pan poczeka na moją następną książkę. Nieważne jak będzie dobra, niemożliwe by mnóstwo ludzi nie było nią rozczarowanych. Wielu będzie życzyło sobie wtedy umniejszenia mojej reputacji.

Wolfgang Paterno: Jest Pan znakomitym znawcą historii literatury i przez to doskonale zaznajomiony z fenomenem Jakoba Wassermanna. Ten zmarły w 1934 roku pisarz był w swoich czasach autorem bestsellerów – dziś już prawie o nim zapomniano. Czy Pańskie książki będą jeszcze czytane za trzydzieści lat?

Daniel Kehlmann: Trzeba na to spojrzeć w różny sposób. Obawiałem się tego raczej wtedy, gdy moja nowela „Najodleglejsze miejsce” („Der fernste Ort“) przeszła praktycznie nieczytana, bez żadnego sukcesu. Zagrożenie, że zostanie się zapomnianym jest oczywiście o wiele większe, gdy w ogólne nie zostanie się dostrzeżonym. Sukces za życie nie daje żadnej gwarancji, że dzieło przetrwa, ale znacznie polepsza na to szansę.  Poza tym: jeśli ktoś żywi obawy, że podzieli los Jakoba Wassermanna to są to obawy na bardzo wysokim poziomie.

Wolfgang Paterno: Czy po „Rachubie” Pana życie jest jeszcze podobne do tego sprzed jej wydania?

Daniel Kehlmann: W zasadzie tak. Trzeba pozostać na ziemi. Oczywiście całkiem dobrze zarobiłem na tej książce. Nie znaczy to jednak, że kupię sobie teraz sportowy samochód. Te pieniądze są dla mnie zabezpieczeniem umożliwiającym niezależność przy pisaniu kolejnych książek, a nie możliwością pozwolenia sobie na luksus, który był wcześniej nie do pomyślenia.

Wolfgang Paterno: Nie pozwolił sobie Pan na żadne przyjemności?

Daniel Kehlmann: Przeprowadzam się teraz do znacznie większego mieszkania. Pomyślałem, że muszę sobie sprawić kilka rzeczy, inaczej brakowałoby tu stylu.

Wolfgang Paterno: Powiedział Pan kiedyś, że jego potajemnym tematem pisania jest „wzmagający się chaos w ludzkim życiu”. Czy sukces nie wnosi jeszcze więcej nieporządku do Pańskiego świata?

Daniel Kehlmann: Wszystkie przytrafiające się mi obecnie dezorientujące, zagmatwane, piękne czy budzące strach rzeczy są potencjalnym materiałem na książkę – nie autobiograficzną, ale taką, w której te przeżycia można przekształcić i nadać im formę. To jest tajemnicą, pięknem w egzystencji pisarza: wiele z tego, co niegdyś może by powaliło, można pokonać patrząc na to jako na potencjalny materiał. Sukces jest krótkotrwałym fenomenem. Na szczęście mieszkamy w społeczeństwie, w którym słynny pisarz nie jest specjalnie słynny. Nigdy nie jest on znany w takim sensie jak aktor.

Wolfgang Paterno: Jest Pan rozpoznawany na ulicy?

Daniel Kehlmann: Nie tak często, by mogło to utrudniać życie. Zdarza się to w tak dobrych odstępach, że sprawia jeszcze przyjemność.

Wolfgang Paterno: Czy jako literacka gwiazda można jeszcze w ogóle być samotnym, zamkniętym w sobie pisarzem pozostającym w cieniu?

Daniel Kehlmann: Poprzez sukces zostaje się pchniętym w pewną ekstrawersję.  Ważnym jest powrót do introwersji, która jest częścią pisarskiej egzystencji, do spokoju, by móc znów pisać w koncentracji. Właściwym wyzwaniem nie jest to, by się w żadnym razie nie zmienić. Ten strach ma w sobie coś z napięcia i niepewności. Wcześniej też nie było się też tak świetnym, żeby zmiana koniecznie musiałaby być czymś strasznym. Bycie gwiazdą mediów jest całkiem zabawne, ale nie jest to powód, dla którego pisze się książki.  W końcu nie jest to cel, ale rozproszenie.

Wolfgang Paterno: Pisarz literatury pop Benjamin von Stuckrad-Barre przedstawiał swoje podróże na wieczory autorskie jako niekończący się rausz z fankami. Czy ma Pan podobne doświadczenia?

Daniel Kehlmann: Zasadniczo takie podróże mogą być pod tym względem bardzo cieszyć. Nie chcę zaprzeczać, ale cała sympatia, jaką napotykasz, jest i pozostanie ostatecznie rozproszeniem. Wielu popliteratów od pewnego momentu nie chce być już pisarzami, lecz gwiazdami medialnymi. Aż zorientują się, że nie toczy się to tak dobrze jak u Haralda Schmidta.

Wolfgang Paterno: W ostatnim czasie był Pan również obecny w telewizji.

Daniel Kehlmann: Przyjąłem dla mnie następującą zasadę: dla wprowadzenia książki na rynek zrobię kilka takich rzeczy. Poza tym jako pisarz żyje się artystycznie ze zdobywania doświadczeń. Ogromnie dezorientujące doświadczenia bycia w telewizji na żywo pozostaje dla większości ludzi niedostępne. Myślałem, że jestem sobie winien takiego przeżycia, ponieważ może się ono stać również potencjalnym materiałem. Przed laty byłem w kulturalnym talk show, w którym chodziło o brzydką architekturę w Niemczech. Uczestniczył w nim również piosenkarz Roland Kaiser. Wyraziłem kilka niepochlebnych uwag na temat brzydoty niemieckich miast, na co Roland Kaiser oznajmił w imieniu Niemiec, że nie pozwoli na obrażanie tego wspaniałego kraju. Został za to nagrodzony ogromnym aplauzem. To było tak nierzeczywiste, czysta rozkosz.

Wolfgang Paterno: Jest Pan jeszcze w ogóle w stanie znieść Gaußa i Humboldta, obydwie postaci z „Rachuby” po ponad 80 odczytach?

Daniel Kehlmann: Obydwie postaci: tak. Prozę nie za bardzo. Trzeba to oddzielić: nadal bardzo lubię tę książkę, uważam ją za najbardziej udaną pod względem artystycznym, nawet o wiele bardziej niż inne. Jednocześnie ciągłe odczyty, powtarzalność niczym grającej szafy prowadzą do niechęci. Gdy wchodzę na scenę i znów zaczynam czytać te same zdania, nachodzi mnie czasami silny gniew. Najchętniej rzuciłbym tę książkę w kąt! To jest naturalny odruch. Gdyby za każdym razem delektowało się każdym zdaniem, miałoby się prawdziwy problem.

Wolfgang Paterno: „Rachuba” sprzedaje się. Ale czy jest również czytana, przede wszystkim czy do końca?

Daniel Kehlmann: Odbiór tej książki jest bardzo drobiazgowy. Niektóre odczyty przypominają, używając głupiego porównania, koncert Simona i Garfunkela po ponownym zjednoczeniu: w niektórych ulubionych momentach słuchacze śmieją się lub klaszczą gdy tylko zauważą, jaki nastąpi fragment.  Należy to oczywiście do najpiękniejszych rzeczy, jakie może przeżyć autor.

Wolfgang Paterno: Przed dwoma tygodniami objechał Pan wraz z niemieckim ministrem spraw zagranicznych Frankiem-Walterem Steinmeierem jako gość specjalny Amerykę Południową. Co omawia się z ministrem spraw zagranicznych? Aktualną sytuację polityczną?

Daniel Kehlmann: Tak, również to. Rozmawialiśmy też o literaturze i Albercie Einsteinie, minister jest bardzo interesującym, oczytanym człowiekiem. Niektórzy niemieccy politycy mają taki zakres zainteresowań i wiedzy, na który w przypadku austriackich przedstawicieli państwowych, ostrożnie mówiąc, można natrafić tylko w wyjątkowych przypadkach.

Wolfgang Paterno: Ostatnio na zaproszenie jednego z magazynów był pan w reporterskiej podróży na pokładzie historycznego luksusowego jachtu. Gromadzi Pan na Karaibach nowy materiał na powieść?

Daniel Kehlmann: W trakcie podróży statkiem trafiliśmy na sztorm o sile 9 stopni w skali Beauforta. Wstęp na pokład był zabroniony. Mimo to wyszedłem na zewnątrz. Fale były potężne, odbieraliśmy nawet sygnały SOS od tonących w pobliżu statków. Życie pisarza nie zawsze jest takie złe, pomyślałem wtedy. Ale nowa powieść nie musi z tego powodu rozgrywać się na jachcie albo w samolocie ministra. Wszystko to są sprawy, które można wykorzystać poprzez nadanie im odmiennej postaci. Już samo przeżycie wizyty ministra, gdy przy schodach samolotu czekają na ciebie opancerzone auta i jesteś kierowany przez zamknięte ulice!  W Chile odgrodzenia są doskonale przestrzegane, a samochody jadą ustawione obok siebie, żeby nie było wolnego pola do strzału w kierunku ministra. W Buenos Aires, gdzie panują już trochę bardziej anarchistyczne warunki, taksówkarze wciskają się w kolumnę gości państwowych. W Rio czekały na nas ciężko uzbrojone jeepy. Pomiędzy lotniskiem i ulicą jest autostrada, którą w nocy praktycznie nikt nie jeździ z powodu licznych napadów. Towarzyszyła nam ogromna eskorta. Minister otrzymał kuloodporny samochód, a delegacja gospodarcza, goście specjalni i dyplomaci zostali posadzeni w autobusie. Potem eskorta odjechała bez nas, bo nasz kierowca zasnął. W końcu przemierzałem rzekomo najniebezpieczniejszą na świcie autostradą miejską w autobusie po północy wraz z trzydziestoma nadzianymi niemieckimi przemysłowcami, całkowicie bez ochrony. Jak zawsze w takich sytuacjach nic się nie zdarzyło. Gdy w drodze jest trzydziestu milionerów, nigdy się nic nie przytrafia.

Wolfgang Paterno: Ma Pan w ogóle jeszcze czas na pisanie?

Daniel Kehlmann: Wiem dość dokładnie, jak będzie wyglądała moja nowa książka, ale jeszcze nie zacząłem jej pisać. Jestem nadal w fazie przemyśleń i komponowania, przebiegają one równolegle. O nowej książce nie powiem jednak nic, w tym przypadku jestem przesądny.

Wolfgang Paterno: Czy po takim sukcesie nie pojawiają się automatycznie zahamowania w odniesieniu do pisania?

Daniel Kehlmann: Pisanie powieści jest zawsze niemożliwym przedsięwzięciem, przy którym jest się pod szaloną presją. Wiele osób życzy sobie, żebym stworzył jeszcze raz coś takiego jak „Rachuba”. Pod tym względem trzeba zdać sobie sprawę, że w żadnym razie nie uniknie się niepowodzeń i rozczarowań.

Wolfgang Paterno: Od szesnastego roku życia mieszka Pan w Wiedniu. Obecnie trudno Pana spotkać w mieście. Nie odczuwa Pan tęsknoty za tutejszą sceną literacką?

Daniel Kehlmann: Wiem z drugiej ręki, że w wiedeńskim literackim światku jestem obecnie bardzo nielubiany. Zauważam, że w Niemczech i Austrii w inny sposób podchodzi się do sukcesu.  W Wiedniu przeżywam pewien automatycznie pojawiający się odruch nieżyczliwości, który w Niemczech wcale nie istnieje. Nie chcę się jednak z tego powodu skarżyć, inni mają na swoim koncie jeszcze gorsze doświadczenia. W Wiedniu nigdy nie do końca nie pasowałem. Nie jestem z tego zadowolony, ale nie będę tego zmieniał.

Wolfgang Paterno: Jeśli austriackie gazety piszą o „Rachubie” to czytamy „austriacki pisarz Daniel Kehlmann”, z kolei w Niemczech jest Pan konsekwentnie określany jako „pisarz niemiecki”. Tworzy Pan austriacką czy niemiecką literaturę?

Daniel Kehlmann: Jeśliby określić moje książki mianem austriackiej literatury, to „Rachuba” jako powieść o dwóch historycznych postaciach z północnych Niemiec jest oczywiście skandalem. W całej powieści jest tylko jeden akapit, który rozgrywa się w Austrii. Duży wpływ wywarli na mnie Karl Kraus i Leo Perutz, ale austriacka i niemiecka literatura powojenna nigdy nie miała zbyt dużego znaczenia dla mojego osobistego literackiego rozwoju, ważniejsi byli północno- i południowoamerykańscy autorzy.  Piszę po niemiecki i dlatego jestem niemieckojęzycznym twórcą. Posiadam austriacki paszport i mieszkam w Wiedniu. „Rachuba” jest bardzo daleko od tego wszystkiego, co uważano w ostatnich latach za austriacką literaturę – odzwierciedliło się to również w stosunkowo niskich wynikach sprzedaży w Austrii. Nawet w Holandii sprzedałem więcej egzemplarzy. Ale jest to również powód, dla którego zostanę jeszcze na jakiś czas w Wiedniu. Życie w mieście, w którym nie jest się miejscową sławą odczuwam to jako przyjemną rzecz – można trzymać się na uboczu.

Wolfgang Paterno: Pozwala Pan sobie również na luksus nielubienia Thomasa Bernharda.

Daniel Kehlmann: Nigdy nie lubiłem Thomasa Bernharda, zawsze to już mówiłem. Nie wiem też, na ile rzeczywiście Bernhard jest nietykalny i czy można tym jeszcze poważnie rozzłościć ludzi. Dla mnie literatura jest sztuką dokładnego przyglądania się, sztuką zaskoczenia i opisu, która usiłuje rzucić nowe spojrzenie na rzeczy. Bernhard reprezentuje przeciwieństwo: jego dzieło składa się z reprodukowanego języka, który staje się coraz bardziej bezwartościowy, przestaje się przyglądać i coraz mniej zaskakuje. Status Bernharda jako wysoko dotowanego autora, który jednocześnie otoczony jest aureolą prześladowanego ma w sobie coś bardzo austriackiego. W austriackiej literaturze powojennej istnieje ta dziwna konstelacja, którą w polityce doprowadził do perfekcji Jörg Haider: zjednoczenie w jednej osobie rządu i opozycji.

Wolfgang Paterno: W wieku 22 lat opublikował Pan swoją debiutancką książkę, przez długi czas nazywano Pana „cudownym dzieckiem”. Czy „Rachuba świata” jest Pana arcydziełem?

Kehlmann: W pewien sposób będąc artystą nigdy się nie dorasta. Ale jeśli w wieku 31 lat, patrząc czysto biograficznie, nie jestem jeszcze dorosły to kiedy powinienem się taki stać? W zasadzie jestem obecnie w takim wieku, kiedy muszę dokonać rzeczy, które mnie zdefiniują i ustanowią jako pisarza. Na szczęście w odbiorze „Rachuby” nie było już prawie mowy o „cudownym dziecku”. Czuję się od pewnego czasu na to za stary.

Wolfgang Paterno: Amerykański powieściopisarz Jonathan Franzen wystąpił gościnnie w serialu „Simpsonowie”, jak twierdzi jednym z jego ulubionych programów telewizyjnych. Jak wyglądałby Pana wymarzony występ w anarchistycznym serialu animowanym?

Kehlmann: Coś takiego wypracowuję sobie nieograniczonym podlizywaniem się. Za tydzień ukaże się w gazecie „Spiegel” mój esej pochwalny o „Simpsonach” – jeszcze jedna próba, by zostać w końcu zauważonym przez twórców serialu.  Ale na poważnie: przy gościnnych występach jest zawsze ważnym, by prominenci robili złe wrażenie, zachowywali się głupio i zostali obnażeni. Medialny mogoł Rupert Murdoch wystąpił raz jako uosobione zło, jako czysty plutokrata, ale sam mówił swoją rolę. W tym sensie, jeśli czysto teoretycznie pojawiłbym się w „Simpsonach” – czego oczywiście nigdy nie dokonam, ponieważ musiałbym wtedy pisać bestsellery w całkiem innym wymiarze – jeślibym więc tego dokonał, moja wymarzona rola byłaby następująca: nerwowy, neurotyczny, wprawiający w zakłopotanie, niesamodzielny. To byłby najlepszy występ w „Simpsonach” jakiego można sobie życzyć.

 

Wywiad autorstwa Wolfganga Paterno

 

Wywiad w oryginale dostępny na stronie gazety Profil: http://www.profil.at/articles/0622/560/142098/interview-am-buch-ecke

 

Comments are closed.