header_bbalkansky

Bogumil Balkanski – Ból fantomowy imigranta i pasztet

Bogumil Balkansky – pod tym pseudonimem ukrywa się jeden z naczelnych felietonistów w Wiedniu. Ukrywa, a może wręcz przeciwnie, zdradza tajemnicę pochodzenia i nakreśla główny temat swoich tekstów (jak i wielokulturowej stolicy): bycie imigrantem.  Opowiada historie z życia wiedeńskiego wzięte, szara codzienność jest dla jego uważnego oka materiałem do ciekawych rozmyślań przyprawionych sporą dawką dobrego humoru. Poprawia nastrój niejednemu Austriakowi, niezależnie od pochodzenia.

Ból fantomowy imigranta i pasztet[1]

 

Jest taki rodzaj bólu fantomowego u imigranta, który wychodzi poza zwykłą tęsknotę za domem. Nie jest tak zły jak ten, który odczuwał niejeden dziadek moich austriackich przyjaciół w Stalingradzie na myśl o Wiedniu czy mieście Rust. Ta nasza nostalgia imigrantów jest gdzieś pomiędzy.

Od 41 lat jestem tym, kogo dzisiaj każdy określa mianem „imigrant”. Migruję nawet wielokrotnie, lądując przez to w „środowisku imigrantów” z dwóch kontynentów. Całą wiedzę wynikającą z tego można zredukować do dwóch stwierdzeń: prawie nikt nie emigruje dla zabawy i niemal każdy czuje patetycznie upiększoną tęsknotę za „dawną ojczyzną”.

Z krzyżem i miotłą
W niedzielne poranki idę po bułki i rogaliki. Około ósmej ulice wokół deptaka przy Meidlingerstraße są tak puste, jakby zaraz miał nastąpić nalot. Kiedy skręcam za róg jednego z domów, czasami ją tam zastaję. Ma pewnie około siedemdziesiątki, na szyi krzyż, na głowie chustkę, jest ubrana w bałkańską kombinację rodem z Jersy złożoną z kolorowych podkoszulków, swetra, spódnicy i wełnianych rajstop do kolan, jej stopy tkwią w dużych filcowych pantoflach. Cała ta kompozycja od razu robi wrażenie, gdy tylko wyobrazimy ją sobie na podwórzu chłopskiej zagrody gdzieś w Slawonii, w krainie Banat albo w wiosce w okolicach Pożarewaca.

Wydaje mi się, że sama jest tam myślami, podczas gdy stoi przed bramą domu w Meidling i zamiata wejście. Tak samo jak niegdyś zamiatała własne podwórze gospodarstwa, w którym przyszły na świat prawdopodobnie wszystkie pokolenia jej przodków. Czasami spogląda w niebo, które tutaj jest jednak obce i nie zdradza jej pogody na następny dzień.

Potem spogląda znowu na beton i odkrywa jeszcze dwa, trzy miejsca, które trzeba zamieść. Spoglądając ukradkiem ostatni raz w niebo, milczące jak ona sama, wchodzi do domu, gdzie połyka ją ciemność bramy wejściowej.

Dwanaście tuneli do szczęścia

Czasami tęsknota za domem przybiera bardzo konkretną formę. W czasie gdy mieszkam z moją dziewczyną we Włoszech, nostalgia przybiera formę upragnionej z całego serca bułki z pasztetem, ciemnego chleba i zupy z wątrobianymi klopsikami. Same rarytasy, w Friaul nieznane tak jak w innych miejscach nieznana jest Fluba, ryba z zatoki Wenus.

Kiedy ta nostalgia podniebienia staje się mniej więcej co dwa tygodnie nieznośna, wsiadamy do samochodu i jedziemy z Palmanovy do Arnoldstein. Jest tam sklep mięsny i budka z jedzeniem i parkingiem. Najpierw zjadamy po dwie bułki z pasztetem, powoli i ostrożnie, jak nigdy w domu. Potem idziemy do piekarni, kupujemy kilka bochenków ciemnego chleba różnych rodzajów i wracamy do rzeźnika, żeby zaopatrzyć się w klopsiki wątrobiane ręcznie przez niego robione.

W drodze powrotnej usiłujemy przypomnieć sobie rymy, które wymyślaliśmy jadąc trasą dwunastu tuneli, leżących na odcinku do Arnoldstein, żeby skrócić sobie czas jazdy dzielący nas jeszcze od pasztetu. Nie mogę sobie żadnego przypomnieć. W głowie pozostało tylko wspomnienie orgiastycznego momentu, kiedy po wielu dniach moje zęby znów zagłębiają się w bułce a ser rozpływa się na języku. Co dwa, trzy tygodnie.

Woda w winie

Na Nowej Zelandii też mają dobre wina. Jednak mój znajomy Josip celowo kupuje najgorsze siki w tetrapaku, żeby je jeszcze rozcieńczyć wodą. Pijąc mówi zawsze, że ta mieszanka przypomina mu wodnistowinną mieszankę, którą w Dalmacji nazywa się Bevanda. Można ją pić pół na pół albo trzy na pięć, co odpowiada trzem częściom wina na dwie części wody.

Na wyspie Brač, jak tłumaczy mi Josip, zgodnie z prawdą albo i nie, właściciele winnic zachowują dla siebie najgorsze wino, ponieważ lepsze można rozcieńczyć i sprzedać. Pewnie to jedna z legend o przysłowiowym skąpstwie mieszkańców wyspy. Jednak ta Bevanda w Auckland sprawia, że razem z Josipem znów jesteśmy młodzi i hulamy jak dwa wyrostki. A że wino jest rozcieńczone, możemy być dłużej młodzi na wyspie, zanim głowy opadną nam powoli na blat stołu, a podróż w czasie dobiegnie końca.

W Auckland, podobnie jak wszędzie indziej, są też przedsiębiorcze duchy, które budują swój interes na tej kulinarnej nostalgii. Brat Josipa – Dinko – wżenia się w jedną z takich rodzin, które handlują na obczyźnie ojczystymi produktami. Interes kwitnie, mają już trzy supermarkety, a w asortymencie produkty z całego północnego wybrzeża śródziemnomorskiego. Tak więc oprócz Chorwatów, Serbów, Bośniaków do klienteli należą również Włosi, Grecy i czasem jakiś zagubiony Francuz. W każdym razie Dinko je każdego wieczora tak jak na Brači, gdzie gotuje jego mama, nazywana przez nas po prostu Teta Vaja. Josko i ja zadowalamy kilkoma takimi wieczorami, ponieważ zaspokojenie pokarmowej nostalgii oryginalnymi składnikami jest dla nas po prostu za drogie.

Ostatnia pociecha

Byłem ze mnie jeszcze wyrostek – Mulac – jak mówi się w Dalmacji, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tego starego mężczyznę. Poprzedniego lata go tu nie było, ale tego roku wychodzi w każde późne popołudnie z któregoś z domów na wzgórzu Rocha, schodzi uliczką w dół do portu i siada na jednej z ławek poniżej domostwa Jerolima Kavanjina Capogrosso, największego chorwackiego poety doby baroku. Siedząc tam ma widok na cały port i miasto Sutivan.

Jest ubrany jak postać z filmu kolonialnego: biały garnitur, biała koszula i elegancki biały kapelusz z kremową obszywką. Zapomniałem już jak się nazywał, może to jeden z Kiriginów, którzy wyemigrowali do Argentyny albo któryś z Canalettich, którzy szukali swego szczęścia w Chile. W każdym razie, jak mówi Mate, w młodości wyjechał do Ameryki Południowej, a teraz wrócił do Sutivan, żeby tutaj umrzeć. Następnego lata już go nie zobaczyłem.

Także „piękna Rosaria“ wyemigrowała, jednak tylko do Belgradu. Jej inna migracja polega na ucieczce w alkohol. Rzekomo przed laty pracując jako dyspozytorka w biurze turystycznym zasnęła pijana, przez co zbyt późno doniesiono straży o pożarze i spłonęło wiele drzew oliwkowych. Po tym Rosaria znika i w Belgradzie razem z pewnym mężczyzną przepija następnych trzydzieści lat. Pewnego ranka zjawia się w Sutivan, spaceruje wzdłuż nabrzeża do swojego domu, kładzie się na starym łóżku i umiera tego samego popołudnia.

Moja osobista tęsknota za domem

Nie byłoby mnie tutaj, gdyby moim rodzicom nie żyło się wystarczająco marnie, żeby wyemigrować na rzekomo lepsze. Nikt mnie wcześniej o nic nie pytał, tylko zaciągnął ze sobą do Wiednia. No i patrz: Kiedy tylko mam pełno pasztetu w mojej bułce, Wiedeń staje się utęsknioną, dawną ojczyzną. Cud imigracyjnego przepoczwarzenia.

 

Tekst oryginalny na stronie http://dastandard.at/1350261593644/Migrantischer-Phantomschmerz-und-Leberkaes
[1] Leberkäse – pasztet, który wbrew swej nazwie nie zawiera ani wątroby ani sera. W jego skład wchodzi zmielone mięso wieprzowe i wołowe. Zapieka się go w formach chlebowych. Do kupienia na ciepło w bułce w każdym austriackim supermarkecie (przypis A.K.)

 

Comments are closed.