header_hundertwasser

Czy Pańska sztuka nie może obejść się bez kłamstwa, panie Hundertwasserze?

Czy będąc w Wiedniu można oprzeć się pokusie odwiedzenia domu Hundertwassera? Niezależnie od naszego zdania na temat „czy Hundertwasser wielkim artystą był”, pozostaje on jednym z najsłynniejszych austriackich artystów. Pamięć o nim nie ginie, niedawno w Belwederze zakończyła się wystawa prezentująca jeden z etapów jego twórczości (http://www.belvedere.at/de/ausstellungen/ausstellungsvorschau/hundertwasser–e56059). Jednak dla wielu bajkowe domy trącą nieznośnym kiczem. Oddajmy głos Hundertwasserowi, który w poniższym wywiadzie został bez ogródek skonfrontowany z zarzutami stawianymi jego sztuce. Czy wyszedł cało z tej opresji? Każdy niech zdecyduje sam.

 

Czy Pańska sztuka nie może obejść się bez kłamstwa, panie Hundertwasserze?

Porażająco kolorowe fasady, dachy obsadzone trawą, cebulowe wieże, mozaiki, przede wszystkim jednak rezygnacja z prostych linii – ze względu na te magiczne elementy formy malarz, grafik i architekt Friedensreich Hundertwasser jest obrzucany przez krytyków wyzwiskami typu „upiększacz” i „kiczysta”. Czy ów Wiedeńczyk czuje się czasami jak tolerowany pajac sztuki? Czy Hunderwasser liczy na siłę kontrowersji? Czy malarz ponosi odpowiedzialność za optyczne otoczenie? Z Friedensreichem Hundertwasserem, obchodzącym w grudniu 70-te urodziny rozmawiał Michael Martens.

Michael Martens: Stawia Pan na wizualne bodźce i intuicję zamiast intelektualnie ustrukturyzowanego produktu sztuki. Architektura Bauhausu kieruje z kolei zasadą funkcjonalności – obserwującemu nie zostaje nic wmówione. W porównaniu do założeń Bauhausu Pańska twórczość jest zakłamana. Czy architektura dostosowana do ludzi może obejść się bez kłamstwa?

Hundertwasser: Przytoczę pewne interesujące zdanie: “Life without Kitsch becomes unbearable.” [„Życie bez kiczu staje się nie do zniesienia”]. Nie możemy żyć bez kłamstw. Czym jest kłamstwo? Rodzi się z potrzeby i jest częścią gry. Zarzucano mi wielokrotnie, że to, co robię to wsie potiomkinowskie, tylko dlatego, że maluje fasady. Ale gdy dla porównania przyglądam się współczesnym budynkom – nie ma już nic zakłamanego. Na betonowym rusztowaniu podwiesza się marmur, w odstępie pięciu centymetrów. Biegają tam szczury. Albo robią te pseudoarkady z ogromnymi oknami wiszącymi w powietrzu – jeśli to nie jest zakłamane…

M.M.: A co uważa Pan za kiczowate?

F.H.: Kicz jest czymś, co może sprawiać ból, gdy dobrego jest zbyt dużo, przeładowanie, wyłącznie tania imitacja. Z tego zrodziła się estetyczna kontrrewolucja Adolfa Loosa i Bauhausu. Ale pustka, czystość, zimno, szczerość, które przeciwstawiono kiczowi  wiodły w nicość, w aseptyczność. Taka sterylna pustka jest o wiele bardziej niebezpieczna niż przeładowanie.

M.M.: Jeśli przemyśleć Pańską krytyką współczesnych miast jako „rakowych wrzodów” to Pana twórczość staję się nie lada zagadką. Wrzody się wycina, a nie upiększa.

F.H.: Nie jestem taki pewny. Są też wrzody, które da się wyleczyć.

M.M.: Ale Pan ubarwia gnijący lub zgniły już rdzeń.

F. H.: Nieprawda. Normalnym sposobem postępowania wobec architektury, która zaczęła zawadzać brzmi: wszystko zburzyć, potem wznieść nową budowlę. Gdy ta przestanie się już podobać także zostanie zrównana z ziemią. Uważam, że tak nie powinno być, nie wszystko, co zbudowano w przeszłości jest złe. Często błędne są tylko niektóre komponenty, te należy ulepszyć. Przy tym ważnym jest by pierwotny materiał trwał, a dom tylko przemieniał się tylko w coś nowego. Do najpiękniejszych budowli należą te, w których łączą się różne style, przykładem są katedry. Po co burzyć wszystko do szczętu, jeśli pomóc może kilka małych zmian?

M.M.: Uważa Pan, że architekci są zakłamani, większość myśli tak z kolei o Panu. Gdy wszystko jest barwne, kolor traci swą radość.

F.H.: Większość architektów – nie wszyscy – są zakłamani. Nie sądzę jednak, że można zarzucić mi zakłamanie, ponieważ zawsze realizowałem w praktyce to, o czym wcześniej mówiłem. U mnie nie ma różnicy pomiędzy teorią budowy i samym budowaniem. Moje domy nie mają w sobie nic z tych potiomkinowskich, pod kątem rzemiosła są solidnie zbudowane. Nie ma w nich pustych przestrzeni ani żadnego elementu, czasami oprócz wieży z cebulastymi kopułami, którego nie można się dopuścić.

M.M.: Czyli buduje Pan prawdziwe domy?

F. H.: Jak tylko może być prawdziwe drzewo, tak prawdziwe są też moje domy. Współcześni architekci mylą często prawdziwość z ubóstwem i obfitość z kłamstwem. Można się kłócić o to, czy mają rację.

M.M.: Powiedział Pan kiedyś, że nie jest taki pewny, czy kolorowy świat, do którego Pan dąży, nie sprawiałby wrażenia bardzo nienaturalnego. Czy te wątpliwości dotyczą również Pańskiej roli w społeczeństwie? Czy czuje się Pan czasami jak co najwyżej cierpliwie tolerowany pajac sztuki?

F.H.: Decydującym jest fakt, iż identyfikuję się z tym, co tworzę. Są malarze, którzy tego nie  robią, ponieważ w nic nie wierzą. Uprawiają sztukę by być akceptowanym społecznie lub dla pieniędzy. Ja wierzę i to w każdym detalu, przykładowo w farby. Nie wolno stosować ich przesadnie. Jeśli wszystko staje się kolorowe, barwa traci swą radość i sprawia już tylko nieprzyjemne wrażenie. Z tego powodu miejsce, jakie zajmują na moich budynkach kolory, jest niewielkie. Tak zwany dom Hundertwassera wydaje się wielobarwny, ale jeśli policzy Pan ilość farb, będzie Pan zaskoczony. Szary, czarny, biały i brązowy nie są kolorami. Pozostaje tylko fioletowy, niebieski, czerwony i żółty. Ta oszczędność tworzy barwność.

M.M.: Takie czy takie kolory – zmienia to coś?

F.H.: Myślę, że zmienia. Przemawia za tym już sam fakt, że tak wiele osób przychodzi i ogląda moje budynki. Spojrzenie na piękny dom jest tak samo ważne jak mieszkanie w pięknym domu. W domu Hundertwassera przy ulicy Löwengasse znajduje się około 50 mieszkań, czyli żyje tam około 150 osób. Ale oprócz tego jest jeszcze około miliona osób rocznie, którzy maszerują pod ten dom, żeby go obejrzeć. Mocne drzewo przetrwa wszystkie protesty.

M.M.: Są ludzie, dla których koszmarem byłaby konieczność oglądania codziennie jednego z Pańskich domów. Pewien magazyn informacyjny w artykule o architekturze wiedeńskiej lat 80-tych określił dom Hundertwassera jako „koszmar z cebulastymi wieżami, krzywymi kolumnami i falowanymi ścianami”.

F.H.: Z jednej strony złości mnie coś takiego, z drugiej oczywiście mi służy, bo podsyca kontrowersje. Jeśli mówi się o koszmarze, epidemii, nawet raku, albo gdy wspomina się wioskę smerfów, zamek Neuschwanstein z wieżyczkami o cebulastych kopułach, wtedy dzieje się tak: ludzie czytają to i na podstawie tekstu wyrabiają sobie opinię. Może przychodzą potem w pobliże domu w oczekiwaniu, że zobaczą coś strasznego. Spotykają wtedy ludzi, którzy już go widzieli, a z ich twarzy można wyczytać, że był czymś pięknym. Są zadowoleni, uśmiechają się. Panuje całkowicie swobodny nastrój. W tej sytuacji nawet cynik toczy ze sobą wewnętrzną walkę. Intelekt podpowiada mu: To jest coś złego. Podświadomość mówi przeciwnie: To musi być dobre.

M.M.: Albo też człowiekowi nie imponują wszyscy ci błogosławieni pielgrzymi architektury, których Pan opisuje, ponieważ wie: zły gust jest uniwersalny, przezwycięża granice i łączy narody.

F.H.: Tak, musi się jakoś bronić i tłumaczy wtedy fakt, iż tak wiele osób chce zobaczyć ten dom jako dowodów na to, że został on zbudowany na potrzeby niskich ludzkich instynktów.

M.M.: Ale kontrowersje są dla Pana pożyteczne w każdym przypadku.

F.H.: Zgadza się, chociaż sam nie staram się ich wzbudzać. Wolałbym, żeby ludzie byli zachwyceni bez wyjątku.

M.M.: Czyli nie liczy Pan na kontrowersje?

F.H.: Nie są one moim świadomym celem, często jednak nieświadomie do nich dążę. Robię rzeczy lub formułuję myśli, które mi szkodzą…

M.M.: … albo się przydają…

F.H.: … ponieważ zostają podchwycone i wykorzystane przeciwko mnie.

M.M.: Czy mówiąc o teoretycznej możliowości upiększenia kacetu nie miał Pan ukrytego zamiaru wywołania sprzeciwu, który przyciągnąłby zainteresowanie mediów?

F.H.: To była jedna z takich rzeczy, która została natychmiastowo podchwycona. Pewnie od razu napiętnowano by mnie jako faszystę.

M.M.: Zapewne uznano by raczej, że Hundertwasser znowu opowiada dziwaczne, pogmatwane bzdury.

F.H.: Widzę dwie możliwości: albo jest się pisakiem, zawodowym manifestantem, który obnaża się publicznie i jest przy każdej akcji, nieważne o co chodzi, albo nie zostaje się przy teoretyzowaniu, tylko przemienia rzeczy w rzeczywistość. Ja buduję. W porównaniu do prowokacji na papierze jest to o wiele większy kamień obrazy, ponieważ jest prawdziwym kamieniem.

M.M.: „Czy sztuka jest nieśmiertelna?” pytał hrabia Monte Christo. Czy może Pan wyobrazić sobie, że nadejdą takie czasy, gdy Pańskie malarstwo zostanie zapomniane a domy Pana autorstwa padną ofiarą kuli do burzenia budynków?

F.H.: Hrabia Monte Christo jest typowym intelektualistą. Nie jest stworzony do rzeczy, które pozostaną.

M.M.: Czy nie jest to właśnie charakterystyczne dla intelektualisty? Pisze on książkę z nadzieją, że będzie czytana również za 500 lat.

F.H.: Tak, to się zgadza, ale intelektualiści w sztuce są literatami. Ich dzieło nie jest plastyczne, pozostaje na papierze.

M.M.: Działania hrabiego Monte Christo trwają nie tylko na papierze, przynajmniej obecnie.

F.H.: To tak jak piękne kulisy teatralne, które potem się ściąga. On sam przy nich obstaje. Ja biorę za wzór drzewo. Jest ono obiektem, który przetrzyma wszystkie style i manifesty. Drzewo przetrwało gotyk i rokoko, nawet Wersal i ruch ekologiczny. Drzewo oczywiście umiera, ale jego pojęcie nigdy nie straci ważności. Zgodnie z tą zasadą chcę budować również moje domy, by jak najdłużej sprawiały ludziom radość. Obecnie mieszkam w Wenecji, współcześni architekci chętnie udają się tam na spacery. Również Mies van der Rohe i Adolf Loos czuliby się teraz dobrze w tym miejscu. Dlatego nie żywię obawy, że moje domy staną się pewnego dnia tak nieznośne, by chciano je zburzyć. Pod kątem statyczności zbudowane są solidnie. Optycznie usiłuję wprowadzić możliwie wiele wariacji, aby, gdy może kiedyś pewne elementy utracą już swoje estetyczne oddziaływanie, zostały odkryte inne, których czas dopiero nadejdzie. To jest przewaga spontanicznej wegetacji nad monokulturą. Monokultura o wiele bardziej ulega zagrożeniom – przyjdzie jakiś szkodnik i wszystko zniszczy. W przypadku różnorodnej wegetacji zawsze przetrwa któreś z drzew.

M.M.: Pańska architektura opowiada się po stronie harmonii i piękna, ma się podobać. Inni mówią: „Wszystko, co urzeka jest złe”.

F.H.: To typowy błąd naszych czasów. Wszystko, co piękne jest złe, a to co brzydkie jest dobre. Może kiedyś będzie się również uważało, że słońce jest czymś złym, zaś mrok – dobrem! To są dogmaty sztuki modernistycznej, które podchwyciła architektura. Jeśli malarz przyłapie się na tworzeniu czegoś pięknego i ujmującego, cofa się przerażony, ponieważ wie, że musi to wymazać, zatuszować, usunąć. Robi to już odruchowo, bo wie czego się od niego oczekuje. Ta maksyma jest jednak nieżyciowa, czysto intelektualna, zawieszona w próżni. Człowiek tęskni do piękna, harmonii, przyrody. Nie cierpi fałszywych tonów i dysharmonii. Przez wieki piękno było celem sztuk plastycznych. Określano je również jako „sztuki piękne”. To wszystko ma trafić na śmietnik. Dlaczego? Tylko dlatego, że nasze społeczeństwo stoi nad przepaścią? Pokazywanie brzydoty nie stwarza perspektywy.

M.M.: Określając obiekty sztuki współczesnej jako  „tandetę perwersów” lub nawet „zwyrodniałą” musi Pan zmierzyć się z pytaniem: czy chciałby Pan by wszystko, co negatywne, stanowiące przy tym ogromną część rzeczywistości, zostało wyparte ze sztuki?

F.H.: Ma Pan absolutną rację uznając takie żądanie za idiotyczne. Obowiązkiem sztuki jest ostrzeganie, musi być ona w stanie pokazać trudne prawdy. Ale nie może przestać zważać na piękno. Piękno, szczerość i siła dadzą się połączyć bez przeszkód. Przestroga i piękno zlewają się w jedno – sztuka polega na ich łączeniu. Odrażające rzeczy tylko odpychają i chybiają celu, który postawił sobie artysta – wychowywaniu ludzi. Pokazywanie beznadziejnej brzydoty nie stwarza żadnej perspektywy.

M.M.: W twórczości innego austriackiego artysty Gottfrieda Helnweina brzydota i okrucieństwo, szczególnie wobec dzieci odgrywają główną rolę.

F.H.: Helnwein jest przede wszystkim artystą-fotografem. Wzmacnia dramatyczny wyraz fotograficznego wizerunku. Zgadza się, u niego centralne miejsce zajmują brzydota i okrucieństwo, ale nie bezpodstawnie.

M.M.: Ceni więc Pan sztukę Helnweinsa?

F.H.: Tak, chociaż jest pełna rozpaczy i prowadzi donikąd. Nie widzę w tym przypadku żadnego rozwiązania.

M.M.: Wielu ludzi już nie wierzy w rozwiązania.

F.H.: Uważam, że artysta powinien ponosić odpowiedzialność. Malarz odpowiada za optyczne otoczenie.

M.M.: Jak może poczuwać się do tej odpowiedzialności? Poprzez prowokację, w której potęguje to, co negatywne i brzydkie ukazując je jeszcze bardziej negatywnym i brzydszym?

F.H.: Artysta może prowokować, gdy służy to jakiemuś celowi, gdy chce wstrząsnąć ludźmi. Prowokacja będąca celem samym w sobie, tak samo jak brzydota jest szkodliwa.

M.M.: Czy sądzi Pan, że wykształcenie jest balastem dla artysty? Zagradza intuicyjny dostęp do sztuki?

F.H.: W dużej mierze to prawda. Wykształcenie hamuje. To, co komuś zostało wpojone, nie jest zgodne z własną kreatywnością. To wszczepiona kreatywność. To tak jakby wszczepiono nam organ. Najpierw następuje odrzut, po którym można przyjść do siebie. Prawdziwa wiedza formuje się indywidualnie. Inna wiedza jest wmuszona na siłę jak garnitur, który źle leży.

M.M.: Skoro uznał Pan tę tezę za słuszną w swoim przypadku, jakie jest Pańskie podejście do edukacji? Czy stara się Pan wzbraniać od nauki? Unika Pan książek?

F.H.: Usiłuję odrzucać informacje otrzymane od innych, by pozostawić tylko to, co mogę ze sobą zharmonizować. Istnieje na to niezawodna metoda: wspominane czasu przed narzuconą nam edukacją, około szóstego roku życia wraz z rozpoczęciem szkoły. Należy spróbować przypomnieć sobie to, co było wcześniej. Jakie miało się wówczas sny? Nawet jeśli wydają się nam całkowicie niedorzeczne, trzeba do nich powrócić. Na tym można zacząć budować, to jest fundament. Powrócić do początków i na nich tworzyć od nowa.

M.M.: Oprócz snów z dzieciństwa inspirował się Pan również osobami chorymi umysłowo.

F.H.: Dzieci i psychicznie chorzy są wspaniałym źródłem inspiracji. Obłąkanych nie można jednak wrzucać do jednego worka. Jeden różni się od drugiego o wiele bardziej niż człowiek zdrowy od chorego umysłowo. W każdym razie jest to dobre źródło impulsów twórczych. Ale nie chcę się do nich ograniczać. Istnieje również trzecia, czwarta, piąta ścieżka. Pamiętam taką scenę z czasu po wojnie: w 1948 albo ‘49 roku do Wiednia przyjechał z Węgier pewien komunista, który potem wygłosił mowę. Powiedział: „Musicie się zdecydować, czy jesteście za czy przeciw komunizmowi! Innej drogi nie ma! Musicie się za czymś opowiedzieć!” Ja sam tylko się przysłuchiwałem, ale inny skomentował: „Nie chcę wcale decydować. Nie jestem ani przeciwnikiem ani zwolennikiem komunizmu!” Na to komunista wpadł w gniew i zaczął wykrzykiwać: „Ale Pan musi się zdecydować. Nie ma innej drogi”. Zawsze jest więcej dróg. Osobiście nie chcę dokonywać wyboru.

M.M.: W niemal wszystkich dużych muzeach miały miejsce wystawy Hundertwassera. Krytycy reagowali różnie – rzadko pozostawali obojętni, często odnosili się nieprzychylnie albo entuzjastycznie, czasami pozostawali bezradni. Czy zaobserwował Pan podobne reakcje wśród zwykłych ludzi odwiedzających wystawy?

F.H.: Ogólnie można powiedzieć, że ludzie wyedukowani na całym świecie mieli trudności w odbiorze moich obrazów. Innym, przykładowo dzieciom albo osobom starszym, którzy nie uczyli się niczego o sztuce jest łatwiej. Jeśli chodzi o dezaprobatę istnieje dziwny podział: dla konserwatywnych moja twórczość jest zbyt modernistyczna, z kolei awangardziści uważają ją za staromodną, ponieważ jest w niej zbyt wiele rzemiosła. Stawiano mi te zarzuty równocześnie. Dla wielu starszych ludzi jestem kimś pokroju Picassa, kimś, kogo nie rozumieją i odrzucają, ponieważ ich wyobrażenie o sztuce satysfakcjonują raczej zorze alpejskie i górskie jeziora z jeleniami w tle. Chętnie zebrałbym przedstawicieli obydwu tych stanowisk, żeby na podstawie dyskusji odnośnie ich sprzecznego punktu widzenia stwierdzili, co jest takiego złego w moich obrazach. Ciekawy jestem, co by z tego wynikło.

M.M.: Nawet Pańscy przeciwnicy przyznają, że dom Hundertwassera wywiera pewne wrażenie, nie dlatego, że jest dobry, tylko niespotykany. Ale cykl domów w tym stylu? Mogłyby stać się kolorową monotonią, barwną nudą, koszmarem.

F.H.: Nie można tego odeprzeć. Przeciętne miasto objawia się w milionach manifestacji. Moje domy nie stanowią nawet milionowej części budynków miast. Chcę tylko zainspirować do budowy piękniejszych budynków. W tym celu istnieją miliony możliwości. Dla prostej linii tylko jedna – linijka. Nieopodal Blumau w Styrii powstaje cała wioska w moim stylu, będzie fantastyczna. Ale mafia plastyków oczywiście usiłuje minimalizować – w ich pojęciu – straty. Gdy wybuchnie epidemia, próbuje się objąć ją kwarantanną. Dokładnie tak, jak Pan teraz stwierdza: dom Hundertwassera jest dobry, ale kolejne staną się koszmarem. Mam jednak jeszcze bardziej wyrafinowanych przeciwników. Ci twierdzą podstępnie, że dom Hundertwassera jest znakomitym dziełem, ale nie wolno tworzyć kolejnych, ponieważ szkodziłyby wyjątkowości tych już powstałych. Ja z kolei postrzegam je jako projekt pilotażowy. Dachy obsadzone trawą lub drzewa, dla których zarezerwowano własną przestrzeń to nowość bardziej w sensie ekologicznym niż estetycznym. Obecnie doszło już do tego, że architekci obawiają się sadzić drzewa na dachach, by nie zostać posądzonym o imitowanie Hunderwasswera.

M.M.: Odnoście drzew na dachach, zapewne jest Pan szczęśliwy, gdy się go imituje?

F.H.: Ogromnie, walczę właśnie o to, by mnie naśladowano. Zwrócenie naturze jej miejsca, które odebrała powierzchnia dachu, wykorzystując właśnie ją powinno stać się powszechne. Jest to pewien rodzaj zadośćuczynienia wobec natury. Jeśli sadzi się na pokryciu las, każdy styl jest w porządku, również Bauhaus. Tylko, że jego orędownicy nie mogą tego zrobić, bo dachy zostały zbyt źle zbudowane. Zgodnie z dogmatami Bauhausu dom musi być jak kostka – bez zbędnych kantów, rynn, dach nie może mieć żadnych spadów. Te plany naprawdę zrealizowano, w efekcie czego po kilku latach dachy wszędzie przeciekały. Musieli więc zrewidować swoje dogmaty i od tego momentu zezwolono na niewidoczne rynny i lekkie spady dachowe. Tak właśnie upomina natura.

M.M.: Pragnie Pan zostać pochowanym na określonym skrawku ziemi Nowej Zelandii. Na Pańskim grobie ma zostać zasadzone drzewo. Może grusza tak jak w balladzie Theodora Fontane „Ribbeck auf Ribbeck”, z której rozchodzi się szept: „Młode dziewczę, podejdź to do mnie, dam ci owoc gruszy”.

F.H.: Pozwolenie otrzymałem od ministra zdrowia. Nie musi to być koniecznie grusza. Człowiek powinno chować się tylko pół metra pod ziemią. Poza tym trumnę należy budować z organicznych materiałów, które ulegają rozkładowi, aby substancje zmarłego łączyły się z drzewem. Odwiedzając grób, nie odwiedzamy nieboszczyka, ale żywą istotę, która przeobraziła się w drzewo. Można wtedy powiedzieć: oto mój dziadek, drzewo rośnie prężnie, wspaniale.

 

Wywiad opublikowany na łamach pisma “Die Welt” (2.11.98), dostępny na stronie http://www.welt.de/print-welt/article627625/Kommt-Ihre-Kunst-ohne-Luege-nicht-aus-Herr-Hundertwasser.html

przetłumaczony dzięki uprzejmej zgodzie pana Michaela Martensa.

Zdjęcie otrzymane z zasobów archiwum Fundacji Hundertwassera http://www.hundertwasser.at.

Comments are closed.