Wolf Wondratschek | Foto (c) Lilo Rinkens

Wolf Wondratschek: Kilka refleksji na temat przypadku

Żadnego z ludzi stawiających sobie pytania nie zadowoli takie, na które śmiesznie łatwo odpowiedzieć. Wysokie nieprawdopodobieństwo, że można je uciszyć jedną lub kilkoma odpowiedziami, gwarantuje jego jakość. Dobre pytanie nie zdradza tak chętnie swej tajemnicy, nie za cenę szybkiego wyjaśnienia. Zanim w ogóle dotrzemy w pobliże możliwego rozwiązania, pytanie nagle ożywione ulega już zwielokrotnieniu. Z jednego powstaje kilka, o ile nie więcej. Jak w ogóle można zespolić luźnie informacje w jedną odpowiedź?

Pewien mężczyzna wychodząc z morza zauważa, ze zgubił pierścień. Jest wściekły, ale jeszcze na tyle rozsądny by za nim nie nurkować. Taki był dumny z tego, że zeszczuplał, cale 8 kilogramów. Musiał mu się zsunąć z palca podczas pływania.

Dwa lata później, gdy już od dawna przybrał na wadze i został w międzyczasie szefem kuchni w eleganckiej restauracji w Paryżu, patrosząc rybę, znajduje w jej brzuchu ten sam pierścień. To ten, od razu go rozpoznaje.

Co za przypadek – myśli i jest szczęśliwy. O ile mógłby być szczęśliwszym, przychodzi mi na myśl, jeśli wierzyłby nie w przypadek ale w to, co w tych okolicznościach jest bardziej prawdopodobne: w bajkę, która stała się rzeczywistością.

Chociaż czy przypadek, jeśli tylko istnieje, nie posługuje się strategią, która unieważnia wszelką logikę i prawdopodobieństwo w sposób jednakowo suwerenny jak bajka? Albo też pytanie, które w sobie zawiera?

Przypadek jest jak bawiące się dziecko. Gra z myślami tych, którzy oczekują po nim czegoś innego niż to, co nieuchronne, przewidywalnie nawykłe, niezbędnie powszednie, wyłącznie rozsądne.

W każdej myśli pełnej niezadowolenia z oczywistej zwyczajności, dużą rolę odgrywa tęsknota za wyzwoleniem, ratunkiem bez ingerencji sił boskich. Przypadek zachowuje się tak, jak gdyby sam nie wiedział, że nie istnieje. Udaje niewinnego, niezależnie od tego, co ze sobą niesie. Sprawia wrażenie jakby był częścią planu, nazywanego przez nas losem.

Chodzą o nim głosy, że jest zwiastunem nadchodzącego szczęścia. Dla tych, którzy w niego wierzą jest zawsze mile widzianym, jeśli nawet nie zawsze wyczekiwanym przyjacielem, zerem ozłoconym iluzjami, od którego rozpoczyna się magiczna przemiana zaistniałych warunków. Tam gdzie gościła nuda, pojawia się ruch. Wiecznie podejrzliwemu odbiera mowę – i oddech. Skok w optymizm może pomóc odbić się w górę życiu.

Przypadkowi przypisuje się romantyczną naturę – i to zdaje się być tajemnicą jego sukcesu. Wierzą w niego ci, którym brakuje szczęścia – nieszczęśnicy, jeśli tylko są jeszcze gotowi dać wiarę czemuś innemu niż własne nieszczęście. Przypadek nie jest dniem dzisiejszym, ale kolejnym, nadchodzącym. Obezwładnia gotowość do życia tu i teraz. Ale on nadejdzie, ten dzień, ten przypadek, to szczęście.

Przypadek jako słowo futurystyczne. Trwanie w gotowości jest wszystkim. Postawienie sobie wysokich wymagań byłoby najlepszą dietą, by pozostać w formie. Życie staje się nareszcie takie jak rzadko: żywe. A nawet niebezpieczne! Wydaje się, że chce zacząć tańczyć, improwizować, odkrywać w końcu ryzyko własnej egzystencji. Od tych, którzy się na to porwą, będzie wymagało więcej niż braterskiej (lub raczej: mieszczańskiej) zręczności.

Przypadek: upadek w górę. A jeśli siła ciążenia ma ostatnie słowo? „Nie lubię samowoli, ale kocham przypadek”, powiedziała mi pewna kobieta, która wyczekiwała go jak kochanka. Spoglądała przy tym w niebo, a dokładniej na sufit solidnie betonowy jak ściany celi. Jej glos brzmiał jednak, jakby była związana przysięgą. Przypłynie statek, na mostu dowódczym stoi on, w jego oczach odbija się horyzont, silne mięśnie, czarne kręcone włosy, słodki głos.

Jej Bóg – analfabeta. Ona – czekająca, on – stanowiący. Ostatnie zajęcie pobudzające jeszcze zmysły. Wiara w nieprawdopodobne powinna ją odmłodzić. Godziłaby się nawet na niedorzeczność całej sprawy, jeśli chociaż raz pochłonęłaby ją tak, jak nic do tej pory.

Ależ nie, moja droga, nie ociągać się, głowa do góry. Jeśli już, to oczekujmy cudu nieprawdopodobieństwa na wysokości oczu.

Miałem ochotę popsuć jej nastrój. Nie ma przypadku, nawet w największym nieporządku. Tak, nawet w chaosie nic nie dzieje się bez zasady. Nawet ledwie, niewystarczająco przewidywalna, ale istnieje.

Powiedziałem to tak po prostu, zwłaszcza ze zabrzmiało niepodważalnie. Może powiedziałem to też dlatego, że mam pewne trudności z wiarą. Nie jestem pod żadnym względem wierzącym, nieważne w co.

Na myśl przychodzi mi wywiad z niegdyś aktualnym mistrzem świata w pokerze, który zapewniał dziennikarza, że nie ma czegoś takiego jak szczęście w grze w karty czy w kości.

Kości padają, jak chcą? Nie. Przypadek? Skądże. Po prostu nie pojmujemy prawa, zasad. Wszczepiony nam wszystkim przymus chęci zrozumienia zachęca nas do błędów, które natychmiast popełniamy, mieszając się w te sprawy. Przy tym chodzi o wypowiedzenie posłuszeństwa, jakie czujemy się być winni względem ludzkiego rozsądku. Gram, żeby wygrać, nie żeby zrozumieć. To nadaje świętości bajkom, nie przypadkowi.

Z twarzą, na jaka stać tylko rasowego pokerzystę, dodał: „Zawsze wierzyłem w bajki i nawet to, proszę mi wierzyć, nie jest przypadkiem”.

Comments are closed.